Filmy, które wpłynęły na nasze życie

 Styczeń 14, 2016

Pamiętacie mój wpis o ważnych dla mnie książkach? A skoro wszyscy rozpisują się o literaturze, to czemu nie spróbować stworzyć zestawienia filmów, które wpłynęły na nasze życie? Stąd też poprosiłam redakcję zaprzyjaźnionego serwisu „Cinerama” do wskazania po jednym takim filmie. Co z tego wynikło? Przeczytajcie, a na koniec sami podajcie filmy, które Was ukształtowały, które pokochaliście, które nie dały o sobie zapomnieć!


0

Marta Grabowska

Gdyby moja mama była mniej rozważna, a bardziej romantyczna, pewnie urodziłabym się jako córka pewnego polskiego reżysera. Ów twórca zawitał na prowincję, aby nakręcić zdjęcia do swojego filmu i zauroczyła go sympatyczna siedemnastoletnia kelnerka. Cóż za filmowa historia! Ostatecznie jestem córką lekarza weterynarii. I nie żałuję. Mój ojciec to znakomity ginekolog położnik zwierząt dużych i sumienny inspektor weterynaryjny. Oprócz tego tato okazał się być prawdziwym humanistą: melomanem, a przede wszystkim namiętnym kinomanem. Właśnie ojcu zawdzięczam swoją wiedzę. Zawsze wskazywał właściwe kierunki i filmowe lektury obowiązkowe. Nauczał, że kino jest nie tylko rozrywką, ale prawdziwą sztuką. Czy mogę wskazać film, który wpłynął na moje życie? Odpowiedź brzmi: nie. Kinematografia całościowo wpłynęła na moje życie. Nie ja wybrałam kino. To kino wybrało mnie. Przesączało się przez moje tkanki od najmłodszych lat. Już w okresie niemowlęcym przebywałam w kinie godzinami. Nie byłam płaczliwym dzieckiem, a w projektorni nie płakałam wcale. Kiedy dziadek – kierownik i kinooperator wiejskiego kinoteatru „Na wyspie” – wymieniał kolejne taśmy, turkot maszyny wygrywał mi najlepsze kołysanki. Do dziś, gdy wchodzę do kina, czuję charakterystyczny zapach lamp i rozgrzanej taśmy filmowej. Gdy próbuję przywołać pamięcią pierwszy znaczący film, jaki obejrzałam, przed oczyma stają mi obrazy z Niekończącej się opowieści (1984) Wolfganga Petersena. Tajemniczy antykwariusz – pan Coreander, który wskazuje osamotnionemu chłopcu niezwykłą książkę, Fantazja, magiczny Auryn, przeuroczy smokopies Falkor, Pożeracz Skał, dzielny Atreyu i jego śnieżnobiały koń Artax, którego śmierć tak strasznie przeżywałam. Dobrze, że Bastian odbudował świat Fantazji i na końcu filmu Atreyu pędzi przez prerię dosiadając galopującego Artaxa. Podówczas bez happy endu pękłoby mi serce. Pamiętam ten seans w ostródzkim kinie „Świt”, jakby miał miejsce wczoraj. Pamiętam, jak tata tłumaczył mi, że Artax nie utonął w bagnie naprawdę. Pamiętam też błękitną czapkę z cekinami, którą z emocji zostawiłam na fotelu. X Muza rozpaliła we mnie płomień, którego światło będzie towarzyszyć mi do grobowej deski.

Tomasz Szewczyk

Chyba nie będzie zaskoczeniem, kiedy napiszę, że jest bardzo wiele filmów, które wpłynęły na moje życie. Jednak jest taki jeden, szczególny, po którego obejrzeniu wiedziałem, że swoją przyszłość chcę związać z filmem właśnie. Mowa o dziele Tima Burtona, pt. Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street. Po seansie byłem zachwycony, miałem dużo do powiedzenia na temat scenariusza, oczarowała mnie gra Johnego Deppa oraz Heleny Bonham Carter, a zdjęcia i sekcja muzyczna  były jeszcze długo przeze mnie komentowane. Wtedy właśnie zauważyłem, że film to coś więcej niż czas trwania fabuły. To złożony z wielu czynników wytwór, którego analizowaniem i interpretowaniem  chciałbym się w przyszłości zajmować.

Dokładnie sześć lat temu, po obejrzeniu Sweeney’go Todda  stwierdziłem, że kino, to muza, która intryguje mnie najbardziej, przez swoją złożoność, niejednoznaczność i kontrowersje, które może wzbudzać. Dziś jestem na pierwszym roku wiedzy o filmie i kulturze audiowizualnej na Uniwersytecie Gdańskim i nieustannie odkrywam coś interesującego w tej dziedzinie.

Mikołaj Lewalski

Wybranie raptem jednego filmu, który w istotny sposób odmienił moje życie było nie lada wyzwaniem. W kółko się zastanawiałem – powinienem wyróżnić obraz, który pomógł mi dojrzeć i zrozumieć pewne kwestie, czy raczej widowisko rozpoczynające wieloletnią pasję? Czas Apokalipsy czy Jurassic Park?  Wystarczyło jednak bym rozejrzał się po swoim pokoju, a wątpliwości magicznie wyparowały. Dwa słowa: Star Wars. Zdecydowanie nie jestem wyjątkowy pod tym względem. Ale nic w tym dziwnego – ta niemal 40-letnia seria wciąż zyskuje na popularności i nieustannie zdobywa kolejnych wyznawców. W jaki sposób stałem się jednym z nich?

Miało to miejsce stosunkowo późno. Choć mój ojciec wypełnił swój ojcowski obowiązek i pokazał mi Starą Trylogię na kasetach VHS, a następnie zabrał do kina na Mroczne Widmo oraz Atak Klonów, to nie od razu pokochałem gwiezdne uniwersum. Jasne, oglądałem te filmy z wielką chęcią, ganiałem się też z kumplami po podwórku, wymachując kijami oblepionymi kolorową taśmą. Mój dziecięcy umysł przez większość czasu zaprzątały jednak dinozaury, później też Harry Potter i Władca Pierścieni. Aż nadszedł rok 2005 i film, który faktycznie zmienił wszystko. Gwiezdne Wojny: Epizod III – Zemsta Sithów. Miesiące oczekiwania na premierę były niczym nadchodząca burza. Po obejrzeniu zwiastunu i namiętnym zagrywaniu się w Jedi Academy po prostu czułem, że ten film zwyczajnie zmiecie mnie z powierzchni ziemi. I tak też się stało. Nieważne, że jest to obraz gorszy od każdej części pierwszej trylogii. Pomimo swoich wad i braków miał to „coś”. Od pierwszego seansu Zemsty Sithów świat Star Wars kompletnie zawładnął nad moim umysłem. Pokochałem każdy element tego uniwersum i niezliczoną ilość razy wyobrażałem siebie jako jednego z jego mieszkańców. Próbując zbliżyć się do tych fantazji spędzałem setki godzin grając w gry takie jak wspomniane Jedi Academy czy Battlefront. Bez końca odtwarzałem filmowe pojedynki i bitwy, a następnie tworzyłem własne – czy to na papierze, czy też bawiąc się figurkami. Zebrałem grubo ponad setkę powieści, całe stosy komiksów i masę albumów – trudno mi sobie wyobrazić ilość czasu i pieniędzy, które na to poświęciłem. Mógłbym napisać o wielu innych sprawach – o tym jak ścieżka dźwiękowa Johna Williamsa otworzyła mnie na piękno muzyki orkiestrowej albo jak zacząłem cokolwiek pisać – od tworzenia opowiadań w uniwersum Star Wars, oczywiście. Do tego wszystkiego potrzebny by był jednak dłuższy artykuł, a ten krótki tekst zakończę pewną historią. W ciągu kilku lat poznałem trzy osoby. Początkowo nie przepadałem za żadną z nich. Wspólna fascynacja Star Wars była jedną z kluczowych rzeczy, które przezwyciężyły tę niechęć i pozwoliły mi poznać każdego z tych ludzi znacznie lepiej – teraz są moimi najlepszymi przyjaciółmi. I to chyba jest najważniejszy powód, dla którego wybrałem Zemstę Sithów – od niej wszystko się zaczęło.

Piotr Kurpiewski

Było to w połowie lat 90. XX stulecia – prawdopodobnie w 1995 lub 1996 roku, możliwe, że jesienią, ale dziś pozostaje niemożliwością dokładne odtworzenie tego wydarzenia. Opowiem o nim w taki sposób, w jaki przywołuje je moja zawodna pamięć…

Od dziecka lubiłem oglądać filmy, a moja ścieżka przyswajania kolejnych dzieł spod znaku X Muzy przebiegała dość standardowo. Na początku były animacje Looney Tunes, potem przyszedł czas na kino Nowej Przygody (nie miałem oczywiście pojęcia, że takim mianem określa się fascynujące opowieści o Luke’ach Skywalker’ach czy Indianach Jones’ach), aż wreszcie około dziesięcioletniego chłopca zafascynowali gwiazdorzy kina akcji: Arnold Schwarzenegger, Sylvester Stallone i Jean-Claude Van Damme.

Jednak poza przyswajaniem kolejnych części Terminatora, Rambo i mutacji Krwawych sportów, zdarzały się wieczory, gdy oglądałem w telewizji inne filmy. Zupełnie ich nie rozumiałem, ale posiadały w sobie coś fascynującego, coś co sprawiało, że nie mogłem oderwać od nich oczu. Nie potrafiłem powiedzieć dlaczego podobał mi się Amator czy Wodzirej, ale widocznie podświadomie czułem, że w dziełach tych zawarta jest uniwersalna mądrość. Nadeszły w końcu te dwa wieczory, które zmieniły moje życie. W dość krótkim odstępie czasu miałem okazję obejrzeć Człowieka z marmuru Andrzeja Wajdy oraz Przesłuchanie Ryszarda Bugajskiego. Bez reszty pochłonęły mnie pokazywane na ekranie opowieści o ciemnych latach polskiego stalinizmu. Dzięki tym filmom zacząłem zadawać sobie coraz więcej pytań dotyczących historii i niedalekiej przeszłości mojego kraju. Fascynację wspomagała Mama, która podsuwała mi kolejne książki o początkach funkcjonowania PRL. Właśnie wtedy postanowiłem, że chcę zostać historykiem, odkrywającym bolesną przeszłość Polski. Na studiach historycznych spotkałem jednak Człowieka, który uświadomił mi, że możliwe jest połączenie filmowych i historycznych fascynacji, za co zawsze będę Mu niewypowiedzianie wdzięczny.

Sławomir Płatek

Powiem to, co wszyscy – jeśli nie powiedzieli, to pomyśleli: tylko jeden? Ale dobrze, kompromisowo wymienię parę, a uzasadnię jeden z tych wyborów. Byłoby to więc z najważniejszych – Rio Bravo, W samo południe, Znikający punkt, Śmierć rewolwerowca, Bullitt, Baza ludzi umarłych, a najbardziej chyba Dwunastu gniewnych ludzi.

Dlaczego ten? Można się rozpisywać o technicznej stronie realizacji, ale oglądając go po raz pierwszy (a także drugi, piąty, może i dziesiąty) nie miałem o tych sprawach pojęcia. Istotniejsza jest opowieść o człowieku, który jest sam przeciwko wszystkim. I nie jest to żaden Rambo, nikt go nie ściga, to on jest natrętem – zamęcza innych, zawraca głowę, stwarza problemy, naraża się, nie umie dostosować. Jest – zdawałoby się – kompletnie pozbawiony inteligencji emocjonalnej, „czepia się”, doprowadza do sytuacji, w której wszyscy są poirytowani samą jego obecnością. Zły dyplomata, głupio, naiwnie uczciwy idealista. Wytrzymać taką presję ze strony coraz bardziej wściekłych pozostałych jedenastu – to wielkie dokonanie, za które pokochałem tego bohatera, był moim wzorem, kiedy miałem paręnaście lat. Jeśli film może wpłynąć na życie, to chyba właśnie w taki sposób.

Anna Pilarska

Bez trudu mogę wymienić co najmniej 10 tytułów filmów, które wpłynęły na moje życie – gdy trzeba wybrać jeden, zadanie staje się trudniejsze. Szczególnie wyróżnić muszę Listę Schindlera – moment obejrzenia tego filmu uważam za przełomowy nie tylko w historii mojej miłości do kina, ale i w całym moim życiu. Często powtarzam, że ten film sprawia, że jednocześnie nienawidzę ludzkości i ją kocham. Kocham, bo żyli tacy ludzie jak Oskar Schindler, a nienawidzę – bo to przez ludzi działalność takich osób, jak niemiecki przedsiębiorca właśnie, była w ogóle potrzebna. Niesamowity klimat, na który złożyły się czarno-białe (za wyjątkiem niezwykłego moim zdaniem niuansu pod postacią dziewczynki w czerwonym płaszczu) zdjęcia i wzruszający soundtrack z kultowym już motywem przewodnim – to wszystko sprawiło, że Lista Schindlera to dzieło moim zdaniem idealne. Ogromnie zachwyciły mnie również role dwóch pierwszoplanowych aktorów – Liama Neesona i Ralpha Fiennesa. Ciężko przecenić kunszt aktorski takiego duetu. Uważam, że każdy powinien kiedyś zobaczyć to jedno z arcydzieł światowej kinematografii przynajmniej raz, by poznać zarówno wartość artystyczną, jak i ładunek emocjonalny, jakie niesie ten film.

Magazyn filmowy "Cinerama"

Tekst został przygotowany przez redakcję Cinerama

 

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter




%d bloggers like this: