Mentalista

Ostatnie pożegnanie z „Mentalistą”

  15 kwietnia, 2015

I koniec. Kolejny serial, z którym się zżyłam i który towarzyszył mi przez kilka lat. „Mentalista”, choć wciąż wykorzystujący podobny schemat i ograne triki, wciągał i trzymał mocno, by widz przypadkiem nie wyślizgnął się z jego objęć.

Trochę to smutne, tak przywiązać się do bohatera. Ale zawsze tak mam. Nie lubię, gdy kończy się książka i muszę znów wrócić do swojego świata. Wiem, że zawsze przychodzi czas pożegnań, ale pożegnanie z ulubionymi bohaterami zawsze przychodzi mi ciężko. Pamiętam jak ubolewałam, że nie ma kolejnego tomu „Hrabiego Monte Christo”. Że już nie będę uczestniczyć w tych intrygach, że nie zobaczę kolejnego genialnego planu Edmunda. Pamiętam, jak rozdzierało mi się serce, gdy odkładałam trzecią część „Władcy Pierścieni”. To już koniec? Nie, nie – tak krzyczałam w myślach.


7

Aby przywiązać się do bohatera wcale nie muszę mieć do czynienia z dziełem ambitnym. Wydaje mi się, że u mnie działa zupełnie inny mechanizm. Bohater musi być „swój chłop”. Musi być jak dobry przyjaciel, który nie onieśmiela cię kolejną życiową mądrością, a Ty chowasz głowę ze wstydu, bo nie bardzo rozumiesz co mówi. Musi czarować. Przynajmniej mężczyzna. A kobieta… Kobieta powinna być silna, wtedy pokocham ją całym sercem. Unikam rozmemłanych i naiwnych. Do takich się nie przywiązuję.

Dlatego też pokochałam Patricka Jane’a. Czarujący, miły, przystojny. A przy tym szalenie inteligentny, choć jednocześnie nie obnoszący się z tą inteligencją. I ten smutek. Ta uwięziona rozpacz za straconą rodziną. Paraliżujące poczucie winy uniemożliwiające się związać z inną kobietą jak i pragnienie zemsty nie do ugaszenia.

Sprawa Red Johna dodawała serialowi pikanterii i wyróżniała go na tle pozostałych procedurali. Owszem, niemal każda sprawa prowadzona przez głównych bohaterów przebiegała w podobny sposób. Jednak co kilka odcinków, reżyser przypominał nam, że nie dlatego oglądamy „Mentalistę”. Każdy z widzów czekał na rozwikłanie zagadki, kim jest Red John. I dlaczego tak dużo wie. I dlaczego zabija. Jednak Red John się skończył w połowie jednego z sezonów. Przyszedł czas na kolejny rozdział. Tym razem o szczebel wyżej, bo w FBI. I tu „Mentalista” zszedł na tradycyjną drogę. Zamiast więc przeplatanki otrzymaliśmy typowy procedural. Większość odcinków to 1 morderstwo – 1 śledztwo – 1 rozwiązanie sprawy.

Podobno Simon Baker (Patrick Jane) nie zgadzał się z Bruno Hellerem co do zakończenia. [spoiler title=’Klikasz na własną odpowiedzialność – zdradzam zakończenie’]Jeden oferował mocną końcówkę zakropioną krwią, drugi chciał to nieco rozmywać, by ostatecznie całość zakończyła się szczęśliwie. I tak też się stało. Jane zaczyna spotykać się z Lisbon, by w ostatnim odcinku wziąć ślub. Brzmi pięknie i romantycznie, jednak zupełnie nie pasuje do pierwszych sezonów serialu. [/spoiler] Nie pasują również do siebie bohaterowie, a ich miłość do siebie wydaje się być zbyt sztuczna. Brak tu iskierek, fruwających motylków i tego żaru, który mógłby powodować rumieńce u widza. Niestety, siła miłości pomiędzy aktorami była zbyt słaba, bym mogła uwierzyć w prawdziwość tego uczucia. W ostatnim sezonie, choć sprawy, które otrzymuje FBI nadal stanowią trzon, to schodzą na dalszy plan. Pierwsze skrzypce zaczyna grać kwitnąca pomiędzy bohaterami miłość. Nie było tak dobrze, jak w poprzednich sezonach. Widać to rozwodnienie, które mogło nieco oziębić uczucia fanów serialu.

Trzeba jednak przyznać, że twórcy byli odważni. Zdecydowali się na zakończenie, które obecnie nie jest wcale tak popularne, jak mogłoby się wydawać. Większość koncentruje się na mrocznej stronie bohatera, uśmiercając go lub wyganiając go na jakieś pustkowie, gdzie nikt go nie zna i może oczyścić swoje sumienie rezygnując ze szczęścia. Tym razem dostajemy zakończenie wyrwane niczym z komedii romantycznej, w której wiadomo od razu, że główni bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie. I w ten oto prosty sposób „Mentalista” wyróżnił się na tle wielu produkcji. Miał porwać, miał wzruszyć, miał pokazać, że szczęśliwe zakończenia też istnieją.

I tak rozstałam się z kolejnym bohaterem. Nie płakałam, bo to jednak nie Edmund. Bo to nie Frodo. Bo to nie mała dziewczynka. To nie kobieta w ciąży ani gospodynie z przedmieścia. Jednak przyzwyczaiłam się do myśli, że Patrick Jane zawsze gdzieś jest i mogę na niego liczyć, gdy za oknem aura nie zachęca do wyściubienia nosa, a maleństwo grzecznie śpi. Bo trudno się rozstać z dobrym „przyjacielem”. Nawet jeśli czasem zawodzi i nie spełnia wszystkich naszych oczekiwań.

Ja będę tęsknić za niesamowitym urokiem Jane’a, którego nie da się podrobić. A Ty za kim tęsknisz/tęskniłeś? Masz swojego ulubionego bohatera książki/serialu, z którym trudno było Ci się rozstać?



%d bloggers like this: