„Frida – sztuka, życie, rewolucja” – artystka rozebrana. Krótka recenzja monodramu

 Grudzień 8, 2018

Miało być mocno, miało być intensywnie, miało buchnąć widzom w twarz. Buchnęło, owszem, lecz w sposób dla mnie rozczarowujący. Miałam nadzieję, że spektakl rozedga moje serducho, by to w przyspieszonym tempie analizowało, wertowało, próbowało zrozumieć. Niestety monodram „Frida – sztuka, życie, rewolucja” co najwyżej zrzucił mnie na chwilę na niższy bieg.


1

Wszystko w sztuce wydawało się być spasowane idealnie. Prosta scenografia sprowadzająca się do łóżka i stolika nocnego. Ekrany rozstawione po obu stronach sceny, na których wyświetlały się i filmy, i zdjęcia, ukazujące poszczególne etapy życia Fridy. Mocny, feministyczny przekaz, w którym miała wyjść cała kobiecość meksykańskiej malarki. I ona jedna na scenie, podkreślająca indywidualizm naszej bohaterki.

A jednak gdzieś, w tej prostocie, w tym minimalizmie, było tego wszystkiego za dużo.

Nad grą aktorską, górował obraz odbierający jednocześnie magię teatru. Choć ten obraz był przygotowany z należytą pieczołowitością. Dzieła zostały odtworzone, niekiedy odegrane przed kamerą w formie video, choćby niesamowity pokaz tańca Fridy i jej… kochanków. Wizualnie wszystko to prezentowało się wyśmienicie. Ale gdy przekaz wizualny wędrował przed naszymi oczami, gdzieś ginęła sama aktorka, jej monolog, jej udręczenie. Emocje opadały, bo lada moment wchodził przerywnik. Prawie jak reklama w telewizji, która pojawia się, gdy fabuła właśnie zmierza do punktu kulminacyjnego. Bach, musisz poczekać, co będzie dalej.

I choć wyświetlane obrazy były sztuką samą w sobie, to jednak wybijały widza z przeżywania opowieści snutej przez Martynę Kliszewską. Gdy więc aktorka pojawiała się z powrotem na scenie, pełna emocji i rozedgania, nie potrafiła mnie do siebie przekonać. Gdy nawet jakaś struna w moim serduchu została naprężona, to bardzo szybko pękała, pozbawiając mnie emocjonującego rollercosteru.

Tym bardziej, że sam monodram został oparty na emocjach Fridy. Odwołując się do poszczególnych etapów życia artystki, ocieramy się o jej cierpienie. O jej miłość i nienawiść. Choć tą nienawiścią czułam się przepełniona. Było jej za dużo – nie wiem, czy Frida aż tak bardzo nienawidziła swojego życia, Diega, tego wszystkiego co ją spotkało. Dla mnie trochę zbyt mocno „Frida – sztuka, życie, rewolucja” chciała aspirować do kobiecego manifestu. Do pokazania, ile cierpienia niesie życie z mężczyzną. Jak on zniewala i ogranicza. A przecież nie można zapominać, że Frida i Diego tworzyli nietypowy związek, w którym to oboje dopuszczali się zdrad i o swoich zdradach wiedzieli.

Pomijając jednak i ten fakt, mam wrażenie, że za mało zostało tu przestrzeni dla widza. W tych krótkich monologach pomiędzy puszczanymi filmami-prezentacjami, niemal wszystko zostało wykrzyczane, wypowiedziane. I jednocześnie czułam się tą nienawiścią zaszczuta, jakby tylko ona miała Fridę ukształtować.

Meksykańską artystkę znamy jako kolorowego ptaka, który stał się ikoną mody. Frida poprzez barwny ubiór zakrywała swoje niedoskonałości. Ukrywała to, czego się wstydziła. W spektaklu „Frida – sztuka, życie, rewolucja” została rozebrana. Niemal do nagości. Chodząc w koszuli nocnej staje przed nami i odsłania się, próbując wytłumaczyć widzom kim jest. Takie pokazanie Fridy było intrygujące i odświeżające. Kolorowe stroje nie rozpraszały uwagi widza. Liczyła się tylko ona.

Szkoda, że w sztuce zabrakło zaangażowania. Nie ze strony aktorki, bo Martyna Kliszewska świetnie się w tej roli sprawdziła, ale zaangażowania dla publiczności. Ja nie potrafiłam się zestroić ze sztuką, a sam eksperyment połączenia wyświetlanych obrazów z grą aktorską, choć ciekawy, to jednak zbyt mocno rozpraszający uwagę.

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter




%d bloggers like this: