Nie tak świętuje się sukces, czyli recenzja filmu „Party”

 Styczeń 6, 2018

Wyobraź sobie, że awansujesz. W końcu to kolejny etap na twej korporacyjnej ścieżce, na który czekasz z niecierpliwością. Uznanie, większe pieniądze, ale i wyższe oczekiwania. Chcesz to uczcić, prawda? We dwoje lub w gronie najbliższych przyjaciół.


2

Tak też się dzieje w filmie „Party” wyreżyserowanym przez Sally Potter. Janet, rewelacyjna Kristin Scott Thomas, zostaje mianowana Ministrem Zdrowia. Sukces to wielki, nie tylko ze względu na ambicje kobiety, ale także odwieczne dążenia kobiet, walczących o swoje prawa. Zdobyte stanowisko, i to w rządzie, wydaje się być spełnieniem marzeń.

Przyjęcie pełne kłamstw

Tylko te telefony, które nie przestają dzwonić. Znajomi, którzy, którzy nagle o sobie przypomnieli. Tak tylko wspominają, że masz o nich pamiętać. A pomiędzy nimi… telefony od kochanka. Bill, mąż Janet, siedzi w fotelu i nawet nie wita gości. Wydaje się być nieobecny, wręcz zamknięty w sobie, niczym chory na demencję. Zdaje się nie przyjmować do siebie całego zamieszana, tworząc fasadę trudną do przejścia. Zmienia tylko płyty w gramofonie, jak gdyby było to jego najważniejsze zadanie w życiu. W międzyczasie pojawiają się zaproszeni goście. Wpierw do drzwi dzwoni cyniczna April wraz ze swym mężem Gottfriedem pochłoniętym medycyną alternatywną. Zresztą parta to przedziwna, bo zupełnie do siebie niepasująca. April krytykuje Gottfrieda niemal za każde słowo i czyn. Jakby szykowali się do wielkiego rozstania. Jest też Martha i Jinny, para lesbijek, szykujących równie potężną bombę informacyjną. Jako ostatni zjawia się Tom, zagrany przez fantastycznego Cilliana Murphy’ego. Który jak wpada, od razu aplikuje sobie odpowiednia dawkę amfy. Jak na prawdziwego „Wilka z Wall Street” przystało. Taka mieszanka, w której kipią zróżnicowane poglądy, wiek, doświadczenie, emocje, a przede wszystkim półprawdy, kłamstwa, zatajone informacje nie mogą prowadzić do niczego dobrego.

I nie prowadzą. Rzecz w tym, by widz uwierzył w wydarzenia na ekranie i sam zaangażował się emocjonalnie. Sally Potter usunęła więc kolory, stawiając na czarno-białe kadry. Skupiła się na twarzach i gestach aktorów, co i rusz robiąc zbliżenia na wykreowane postaci. Widz, czy tego chce czy nie, skupia się nie na otoczce, a na gęstniejącej atmosferze i emocjach, które są już bliskie eksplozji. Tom staje się ich wskaźnikiem, pobudzony przez narkotyczne odurzenie. Im bardziej on nie może znaleźć sobie miejsca i im bardziej przybiera pozę szaleńca, tym mocniej Ty ulegniesz nastrojowi przyjęcia.

Czarno-biały film

Czarno-biały obraz podkreśla teatralność całego przedsięwzięcia. Nie liczy się dom, nie liczą się rekwizyty. Liczą się ludzie, na których skupiamy całą naszą uwagę. Wszelkie rozpraszacze znikają, zostawiając nas sam na sam z bohaterami. Jest to krok ryzykowany, w którym bardzo łatwo o potknięcia i błędy aktorskie. A jednak każdy z zatrudnionych na planie podołał, a nawet zrobił to w niemal doskonałym stylu. Każda postać jest inna, każda niepowtarzalna, czasem bliska stereotypom (jak choćby Martha czy Tom), by chwilę później te stereotypy obalić. Mnie najbardziej zachwycili Kristin Scott Thomas (Janet) oraz Timothy Spall (Bill). Idealnie wykreowali swoje postaci, dając im wszystko to, co niezbędne, by zapaść w pamięć widza. Do tej pory (a od seansu minęło kilka dni) przed oczami mam zbliżenia na twarz Billa, w którym mieszało się przerażenie, zobojętnienie, bezradność ale i wycofanie i jakieś dziwne postanowienia, o których dowiesz się w trakcie oglądania filmu.

Recenzja filmu "Party" 2017 - Bill

Film „Party” można rozważać na trzech płaszczyznach. Jedną z nich jest polityka, bądź co bądź przyczyna całego przyjęcia. Na ironię zakrawa fakt, że gdy żona zostaje Ministrem Zdrowia, mąż ma coś ważnego do zakomunikowania. Na tyle istotnego, że przykrywa awans Janet jak i wiadomość Marthy i Jinny. Jednak co i rusz w filmie padają stwierdzenia dotyczące bieżącej polityki. Być może też ze względu na April, która jest niechętna demokracji i uważa ją za przestarzały i nic nie warty system. Przełóżmy owe przyjęcie na polskie realia. Ile to razy podczas wspólnych przyjęć czy kameralnych spotkań powracamy do politycznych tematów, ilu z nas jest podzielonych i stojących po dwóch stronach barykady. Gdy jednak u nas może skończyć się to poważnym konfliktem, to na tym przyjęciu, nie ona wywołuje zamieszanie. Rzecz zgoła inna, lecz jakże bliska wielu z nas.

A jest nią kłamstwo i hipokryzja. Hodowane zakłamanie. Kłamstwo zamiatane pod dywan i od miesięcy skrywane przed wzrokiem teoretycznie bliskiej osoby. Sally Potter bierze pod lupę związki, relacje i ich skomplikowanie. Co się dzieje, gdy z miłości poświęcamy się dla drugiej osoby? Co się dzieje, gdy nasze poglądy i spojrzenie na rzeczywistość diametralnie się różnią? Co się może wydarzyć, gdy jesteśmy z zupełnie różnych światów rządzących się różnymi prawami? A na sam koniec, czy gdy raz zaczniemy kłamać, będziemy potrafili się z tego kłamstwa uwolnić? Potter miesza polityczne rozgrywki z miłosnymi szachami, tworząc grę, w którą każdy z nas gra. Nie zawsze mając do dyspozycji te same pionki, ale przecież liczy się także sama partia i styl, w jaki próbujemy ją rozegrać.

Feministyczny głos „Party”

Po polityce i relacjach międzyludzkich, zostaje nam ostatnia płaszczyzna. Kobiety. To one stanowią główną oś filmu. One i ich feministyczne poglądy, w których kobieta ma równe prawa i wreszcie po latach walki osiąga sukces. Janet jest zwieńczeniem tej drogi. Ukoronowaniem starań. Co wielokrotnie podkreślają jej przyjaciółki. Sam twist filmu jest równie interesujący i wpisuje się w wywalczoną wolność. Martha jako przedstawicielka inteligencji, prowadząca wykłady na temat feminizmu, próbująca się odnaleźć w nowej roli, otrzymuje też swój czas na monolog. Dramatyczny, pełen emocji, skupiający się na obawach, ale też podkreślający prawa kobiet i ich roli w społeczeństwie. A jednak różniących się od poglądów jej partnerki Jinny.

To co jednak najlepiej wyszło reżyserce Sally Potter, to przede wszystkim zwięzłość i kondensacja formy. Zamknięcie bohaterów na małej przestrzeni i rozgranie tego komediodramatu w niewiele ponad godzinę. To jak na dzisiejsze standardy wydaje się mało, jednak tylko służy odbiorcy, którego uwaga nie ulega rozproszeniu. To rozmowy posuwają akcję do przodu i stanowią ogromną siłę produkcji. Sally Potter nie przeciąga struny i cierpliwości widza. Nie szczuje go w nieskończoność napompowanymi dialogami. Kończy w odpowiednim momencie, zostawiając widza z pytaniami i z nienasyceniem.

[mc4wp_form id="3412"]

Tytuł: Party

Data premiery: 2017-09-13
Ocena: 8 /10


  • Olga

    Oj, ale mnie zachęciłaś do tego filmu! Chciałam go obejrzeć i tak, bo – jak sama napisałaś – czarno-biały film obiecuje skupienie się na aktorstwie, a nie wizualnych szarżach. Ale teraz jestem już pewna, że obejrzeć muszę, i że z dużym prawdopodobieństwem ten film idealnie do mnie trafi. Czy prawidłowo kojarzy mi się on z „Rzezią” Polańskiego? Chodzi mi głównie o teatralne zacięcie i może trochę czarny humor :).

    • http://okonakulture.pl/ Paulina M.

      Czarnego humoru tu nie brakuje, podobnie jak teatralnego zacięcia i rzecz jasna na plus. Mam nadzieję, że Ci się spodoba, bo film jest wart uwagi, choć z tego co słyszałam krytycy niekoniecznie są nim tak zachwyceni.
      Niestety, do Rzezi nie mogę porównać, bo niestety nie widziałam. Ale przypomniałaś mi, że muszę nadrobić. Właśnie zamawiam DVD!