motylek-katarzyna-puzynska-kryminal

„Motylek” – gdzie są Twoje kolorowe skrzydła? Recenzja kryminału Katarzyny Puzyńskiej

  25 października, 2020

Jestem z lekka spóźniona. Do Lipowa zajrzałam dopiero teraz, gdy na horyzoncie wychyla się powoli 12 tom. Wiem już też, ze sagę spod pióra Katarzyny Puzyńskiej pokochali czytelnicy w całej Polsce. Na tyle, by organizować coroczne zloty związane z kryminałami naszej polskiej autorki.


0

I ja też uwierzyłam w tą magię. Znaczy nie czytałam jeszcze powieści, ale już myślałam, jakie będzie to dobre, soczyste. Nie wsiąkłam w ten świat, a już myślałam, że może kiedyś pojadę na taki zlot. W końcu przyszedł ten dzień, w którym otworzyłam swój egzemplarz powieści. I, uwaga spoiler, przeżyłam głębokie rozczarowanie. Dawno nic tak nie pacnęło mnie po głowie, jak właśnie ten kryminał. Podobną gorycz poczułam przy powieści Olgi Rudnickiej. Miałam śmiać się w głos, a co najwyżej podniosłam wysoko brwi, będąc wielce zaskoczoną. Wtedy zastanawiałam się, czy może przypadkiem, w swym zestawie genów, nie dostałam poczucia humoru.

Przygodę z Puzyńską zaczęłam jak należy. Od pierwszego tomu, od „Motylka”. Poznałam więc od początku wszystkich bohaterów, mając szansę obserwować ich rozwój, ich charakter, przyczyny postępowania, uzasadnienie czynów, ich powiązania i historie z przeszłości. Dało mi to komfort, pozwoliło od pierwszej strony wczuć się w klimat Lipowa. A jednak… coś cały czas mi zgrzytało. Nie pozwoliło lecieć przez kolejne strony jak rozpędzonym BMW po autostradzie.

Motylek – policjanci z krwi i kości

Choć sam punkt wyjścia jest oczywiście ciekawy. Mamy malutką polską miejscowość. Typową wieś, w której działa 5-osobowy posterunek. W którym nic się nie dzieje, upływa dzień po dniu, mozolnie odrywając kolejne kartki z kalendarza. Pani Maria codziennie piecze ciasto, którym częstuje na posterunku policji, a jedyna rozrywką wydaje się przyjazd warszawianki. Każdy zna każdego, plotki rozchodzą się z prędkością światła. I nawet technologicznie działa całkiem sprawnie, bo Lipowo doczekało się własnego, plotkarskiego bloga. Jednak błogość polskiej wsi odchodzi w zapomnienie, gdy młoda fryzjerka odnajduje ciało kobiet. Zakonnicy. Jak się później okazuje, brutalnie zamordowanej. Tropy wciąż prowadzą na manowce, a Daniel Podgórski, szef lokalnej policji nie dość, że nie ma doświadczenia w prowadzeniu takich spraw, to jeszcze musi mierzyć się ze sławą swojego ojca – policjanta – bohatera. To jednak nie koniec, bo w Lipowie krew przelewa się wcale nie po raz ostatni. W międzyczasie dochodzi do drugiego zabójstwa. Tym razem jednak ofiarą zostaje żona bogatego biznesmena, mającego posiadłość w owej wsi.

Czy te dwie sprawy są ze sobą powiązane? Czy wręcz przeciwnie? To tylko zbieg okoliczności? Daniel Podgórski ma niemały orzech do zgryzienia. Tym bardziej, że jego podwładni wcale nie ułatwiają mu pracy. I tu zaczynają się schody, które było mi coraz trudniej pokonać. Nagromadzenie problemów i traum u bohaterów już w pierwszym tomie „Motylek” jest przeogromne. Oczywiście, stanowi to dobry punkt wyjścia do pisania kolejnych powieści z cyklu, a jednak miałam poczucie, że wszystkiego jest tutaj za dużo. Na kartach powieści zetkniecie się z:

  • z przemocą domową, która będzie miała niezrozumiały dla mnie finał
  • z nieszczęśliwą żoną bogatego mężczyzny, traktującego ją przedmiotowo. Ona sama musi zmierzyć się z demonami z przeszłości
  • z rozwódką, która przerabia traumę po rozwodzie, która nie chce pakować się za szybko w związek, po czym bardzo szybko znajduje swego ukochanego
  • nastoletnią ciążę
  • aborcję
  • sprzedaż narkotyków
  • zdradę
  • alkoholika, który nie umie otrząsnąć się po stracie żony i nie potrafi utrzymać w ryzach swoich dzieci.

Każdy coś ukrywa, każdy nie jest tak krystaliczny, na jakiego chciałby się kreować. Żeby nie umniejszać książce, sam proces śledztwa jest przedstawiony ciekawie i nawet wciągająco. Policjanci nie są wcale genialnymi Sherlockami Holmesami, a zwykłymi ludźmi, którzy próbują wykonywać swoją pracę. Przynajmniej część z nich. Nawet sam Daniel Podgórski, jest raczej z tych, co po prostu ciężko pracują i krok po kroku przybliżają się do rozwiązania. Bez spektakularnych akcji, rzucanych bon motów i natychmiastowego łączenia faktów. Wreszcie coś, co brzmi realnie. Bo trudno byłoby uwierzyć, że w kolejnej miejscowości ukrywają się geniusze, na których nie zdążyli poznać się przełożeni. Jednak sama kreacja bohaterów, samo ich postępowanie, wydawało się często pozbawione sensu. Psychologiczna strona postaci wydaje się leżeć i kwiczeć. Bo oczywiście, nasza rozwódka, która przyjechała na wieść, by leczyć swoje zranione serce, mogła jak najbardziej rzucać się w ramiona mężczyzn i po swojemu przeżyć żałobę po straconym małżeństwie. Jednak flirty w pierwszych dniach po przeprowadzce prowadzą ją od razu w ramiona mężczyzn.

I mamy też kobietę maltretowaną przez męża. Szuka w sobie odwagi, by nie tylko przeżyć kolejne dni, ale być może także odejść od niego. Co jednak później nastąpi… To dla mnie było niepojęte. Nawet jeśli wezmę pod uwagę słabą psychikę ofiar przemocy, które są uzależnione od partnera. Nie wspomnę już o wątpliwym obrazie nastolatek, które mają dziwne spojrzenie na dorosłość i związki, w które się pakują. Jakkolwiek mogą być zacofane w swym wychowaniu seksualnym i rodzinnym, mało realne wydają mi się motywy ich postępowania.

Jednak najbardziej doskwierał mi… język powieści. Zdaję sobie sprawę, że jest to kryminał, a nie druga powieść pokroju „Mistrz i Małgorzata”. Wiem, że nie o fantazję metafor, pięknych porównań tu chodzi. Lecz jednak trudno mi było przebrnąć przez sztywne dialogi czy koślawe zdania. Spodziewałam się prostego języka, bo i taki najczęściej można spotkać w lekkich powieściach służących rozrywce. A jednak zdania z powieści były w wielu momentach ciężkostrawne. W wielu momentach miałam wrażenie, że „Motylek” jest powieścią osoby, która dopiero się wprawia w pisanie, poznaje tajemnice poprawnego języka, ale jeszcze jej daleko do mistrzostwa pióra.

Zastanawiam się jak jest z następnymi tomami? Czy z każdym kolejnym jest coraz lepiej? Czy nabierają dojrzalszych kształtów? Czy bohaterowie stają się bardziej realni niż obecnie? A sam język lekki i przyjemny do czytania? Jak Wasze doświadczenia z sagą z Lipowa? 

I najważniejsze – jak Wam się spodobał „Motylek”?



%d bloggers like this: