„Były sobie świnki trzy”, Olga Rudnicka – recenzja

  9 maja, 2016

Tak to już bywa, że mocne i ciężkie lektury, przerywa się lekkimi powieściami. Daje to wiele korzyści. I mózg łapie powietrze, i człowiek optymistyczniej patrzy na świat. Zresztą, ostatnio czułam ogromną potrzebę pochłonięcia książki, która nie tyle porwie mnie oryginalnością czy wyjątkowością, co zapewni doskonałą rozrywkę na wieczór. Tak po prostu. Bez zbędnego wysiłku intelektualnego.


10

Nie miałam kłopotu z doborem książki. Od kiedy przygotowuję zestawienia „Hity i kity…”, od razu wiem, co jest na topie. Choć tej książki trudno było uniknąć, gdyż pojawiała się wszędzie. A że jeszcze padały porównania do mojego ukochanego serialu „Gotowe na wszystko”… I autorka, nie nowicjuszka, podbiła serca czytelników niejedną powieścią.

„Były sobie świnki trzy” zapowiadały się wyśmienicie. Po skończonej lekturze, mogę z całą pewnością stwierdzić, że będę najprawdopodobniej jedną z nielicznych (a może jedyną), która nie wyśpiewa peanów na jej cześć. Zupełnie nie zaiskrzyło. Obyło się bez motylków w brzuchu, braku apetytu i nieprzespanych nocy. Brak też kaca książkowego. Brak czegokolwiek. Powieść okazała się dla mnie tak nijaka, tak mało zabawna, że aż sama się zastanawiam, czy wszystkie klepki mam na miejscu. Skoro tyle osób bawi, czemu nie bawiła mnie?

Kilka dni (może nawet tydzień) próbowałam ułożyć sobie książkę w głowie. Odkryć tajemnicę jej fenomenu (prócz rzecz jasna marketingu), a tym samym odnaleźć problem, jaki ja miałam z książką. Nie odkryłam. Nadal nie wiem. Tak więc muszę pisać tak, jak jest. Bez objawienia Wam prawdy, która rzuciłaby inne światło na książkę. Nic z tego.

A przecież pozornie wszystko w książce gra. Są sympatyczne bohaterki (przynajmniej takie się wydają), język jest lekki i bardzo przystępny, dzięki czemu strony przewraca się jedna za drugą. Jest tempo. I wiecie co? Nawet parę razy uśmiechnęłam się pod nosem. Tyle że miały być niekontrolowane wybuchy śmiechu. Tu ich brak. Przyznam się Wam w sekrecie, że już nawet podpytywałam rodzinę, czy ja w ogóle mam jeszcze jakiekolwiek poczucie humoru. Zdania były podzielone, więc może tu tkwił problem?

Zacznijmy jednak od początku, bo jak na razie z mojego pisania nie wyniknęło nic. Wybaczcie, to najprawdopodobniej wpływ Witkacego, którego książkę właśnie kończę. Wróćmy więc do fabuły. Były sobie trzy bogate żony, może nie miliarderki, ale z pewnością nie musiały brudzić rąk pracą. Mogły pozwalać sobie na SPA, fitness i liczne spotkania. Nawet dziećmi nie musiały się zbytnio przejmować, bo Jola już swoje odchowała (no prawie, ale kto będzie pilnował nastolatków?), Martusi nie było dane wejść w stan błogosławiony (choć pragnęła tego ponad wszystko, tylko mąż nie chciał nawet zajrzeć do sypialni słodkiej blondyneczki), Kama… No właśnie. Trzecia okazała się najbardziej pechowa, bo jak to w życiu bywa, gdy czegoś nie chcesz, akurat pojawia się w progu Twojego domu, a raczej brzucha. Kama więc zaszła w ciążę, tylko nie z tym co trzeba…

Bogate, ułożone życie, tylko pragnienia nie spełnione. I Ci mężowie od siedmiu boleści. Tylko jak z nimi się rozwieść, gdy intercyza stoi pomiędzy małżonkami? Chcesz odejść, a nie możesz, bo zostaniesz bez grosza. A przecież nie chodzi o to, by nagle zmienić status? Jaki sposób pozostaje biednym kobietom? Trzeba upolować, a następnie zabić… Tak, tak – żony, po pierwszych wątpliwościach, zdają sobie sprawę, że to jedyne wyjście. By żyć godnie, radośnie i przyjemnie, trzeba zostać wdową! Tak więc zaczynają snuć plan, który otrzymuje pierwszy zarys (zresztą bardzo, bardzo ogólny). Jednak życie, jak to życie, ma swój własny plan. Stąd też nic nie będzie układać się tak jak powinno. W końcu to komedia. Na dodatek kryminalna. W końcu i jest przystojny komisarz, zraniony przez kobietę i na kobietach (w tym przypadku naszych żonach) mszczący się i szukający dziury w całym. I jest kobieta, która do celu idzie po trupach. A na pewno na jedno już poluje. I są morderstwa. I są podejrzani. Choć akurat intryg tu nie ma zbyt wiele, bo przebieg wydarzeń jak i nawet same motywy znamy bardzo dobrze.

I właśnie te bohaterki. Narysowane grubą krechą. Tak grubą, że aż komiksową. Że aż przesadną. I tam gdzie Martusia miała być śmieszna, jakoś humor sytuacyjny zupełnie mnie nie bawił. Wzięcie (przy)głupiej blondyneczki do ekipy, to jak wzięcie tejże samej do kręcenia horroru. Tak oklepane, tak oczywiste, że aż zupełnie nieśmieszne. Irytujące bohaterki, irytujące powtórzenia, które miały budzić śmiech. Pierwszy przykład z brzegu „Hamski przez >>H<< bez >>c<<„. Raz ok. Drugi raz, da się przełknąć. Trzeci, czwarty? Już nie bardzo. Jakoś wyszło niefajnie. Być może trochę jak dla wielu z komediami Sandlera.

Olga Rudnicka płynie po fabule bardzo płynnie. Nie przynudza, nie utrudnia czytelnikowi lektury. Jest prosto, jest przyjemnie. Tak sobie myślę, że „Były sobie świnki trzy” to taka idealna książka na podróż. Gdy samochód trzęsie i nie musisz za bardzo się skupiać. Gdy pasażerowie w przedziale wciąż rozmawiają przez telefon, a Ty nie możesz się skupić. Nawet jeśli jakiś fragment będzie zasnuty mgłą, z pewnością za fabułą nadążysz. Najwyżej zaśmiejesz się o ten jeden raz mniej. Chyba że tak jak ja cierpisz na chroniczny brak poczucia humoru. Wedy też „Były sobie świnki trzy” omijaj z daleka.

P.S. Dla mnie, fanki „Gotowych na wszystko”, która obejrzała wszystkie sezony już trzy razy, „Były sobie świnki trzy” na pewno nie są podobne do kultowego serialu.

Byly.sobie.swinki.trzy-cale

Tytuł: Były sobie świnki trzy
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 15 marca 2016
Moja ocena: 5/10