Jak dziewczyna z sąsiedztwa. Recenzja filmu „La la land”

 Kwiecień 9, 2017

Te huczne zapowiedzi. Te szaleńczo pozytywne recenzje. Zachwyty prasy zagranicznej. I statuetki zgarniane na wszelkich możliwych festiwalach. Obowiązkowe nominacje do Oscara. I to w porażającej ilości kategorii. Nic więc dziwnego, że biednego widza strach oblatuje, gdy drżącą ręką sięga do portfela, by zapłacić za bilet. A co jeśli ich zachwyty nie pokryją się z moimi? Co jeśli rozczarowanie będzie tak duże, że już nigdy nie zasiądę w sali kinowej? Po co, gdy nie umiem dostrzec tego wszystkiego, co inni?


0

Jaką jednak widz odczuwa ulgę, gdy okazuje się, że tak, to był dobry film. Może nie najwspanialszy, jaki widział, może nie najlepiej zagrany na świecie, może nie wyśpiewany tak fantastycznie jak w innych musicalach, ale zachwyty innych udzielają się i jemu.

Tak. „La la land” mnie przerażał, ale…

Jednocześnie od pierwszej minuty zachwycił.

Scena otwierająca wprowadziła mnie w doskonały nastrój. Miałam wrażenie, że moja pupa odrywa się od fotela, a nogi same zaczynają tańczyć. W sumie to już nie pamiętam, czy przypadkiem nóżkami w miejscu nie przebierałam. Kto by się jednak przejmował takimi szczegółami, gdy na ekranie  szykuje się romans pełną gębą. W końcu nigdy nie wiesz czy ten palant z samochodu obok, nie stanie się za chwilę Twoją wielką miłością.

Co prawda, przerażenie nie minęło do końca seansu, ale wraz z końcowymi minutami poczułam ulgę.

Tak. To był świetny film.

Tak bardzo potrzebny właśnie dziś. O marzeniach. O marzycielach. O smutnym, a jednocześnie napawającym optymizmem zakończeniu. O potrzebie szczęścia. O potrzebie poszukiwań. O realizacji własnych ambicji. O miłości. O związku. O jego trudnościach. I że nie ma prostych rozwiązań.

Ale wiecie dlaczego „La la land” to cholernie dobry film?

Bo po wyjściu z kina byłam bardzo pozytywnie naładowana. A jednocześnie zmuszona do refleksji. I nie trzeba było ani epatować głupotą, by widz dobrze się bawił. Ani budować napięcia emocjonalnego, aby wywołać chwilę zastanowienia.

„La la land” to z pozoru prosty film. Nie rozwiązujący problemów biedy, przemocy, nierówności. Teoretycznie nie wnoszący nic do naszego życia. A jednak zmieniający bardzo dużo. Bo gdy każdego dnia jesteśmy przytłaczani cholernie trudnymi i przygnębiającymi tematami i problemami z różnych zakątków świata; gdy telewizja, prasa, Internet, przytłaczają nas informacji dotyczącymi polityków, wojen, wypadków; lub wręcz przeciwnie, pokazują nam pięknie wyglądających celebrytów, których jedynym zmartwieniem jest zły dobór sukienki czy garnituru, „La la land” wychodzi nam wszystkim naprzeciw. W trakcie seansu czujesz się po prostu sobą. Przypominasz sobie te wszystkie wzloty, ale i upadki, gdy próbowałeś realizować swoje marzenie. Przypominasz sobie te wszystkie szczęśliwe chwile, które wydarzyły Ci się w życiu. Ale zaczynasz się również zastanawiać, co by się stało, gdybyś jednak tych marzeń nie porzucił. Albo je zrealizował kosztem czegoś bardziej przyziemnego, a jednak równie potrzebnego, co marzenia. Co jest ważniejsze? Realizacja marzeń czy spełnienie w związku? Miłość czy kariera?

I tak biedak wychodzi z kina. Marząc, tańcząc (żeby tylko przechodnie się nie zorientowali), marząc. I rozmyślając. Co by było, gdyby…

Reżyser, jak i w tym przypadku scenarzysta, Damien Chazelle, to również twórca znakomitego „Whiplash”. W jednym w i drugim filmie chłoniemy muzykę całym sobą, choć… każdy z nich wywołuje zupełnie różne emocje. W „Whiplash” niemal przez cały film czujemy to napięcie, to zgęstnienie, to wręcz przeładowanie muzyczne, które zaczyna boleć, doskwierać, uwierać. W „La la land”… muzyka napełnia lekkością, unosi widza, by ten zaczął bujać w obłokach. Muzyka z „La la land” staje się nośnikiem pozytywnych emocji, choć nie zawsze jest powiązana z pozytywnymi wydarzeniami w filmie. Jednak sama opowieść nie osacza widza i nie powoduje u niego dyskomfortu.

W przypadku tegorocznego (a może bardziej zeszłorocznego) hitu dużo daje także forma musicalu. I tak jak niekoniecznie przepadam za tym gatunkiem (nie wiem czy nie wchodzi w grę jakaś trauma z dzieciństwa), tak tu, takie rozwiązanie zupełnie nie przeszkadza. Tym bardziej, że w drugiej części filmu reżyser porzuca musicalowe łańcuchy na rzecz zwykłego poprowadzenia fabuły. Nadal wypełnionego muzyką lecz już w lekko odmiennej formie.

Taniec i miłość do muzyki

Tak jak w przypadku „Whiplash” tak i tu reżyser przelewa swoją miłość do muzyki. Czuć ją w każdym kadrze, w każdej scenie – czy to romantycznej czy to koncertowej czy to cudownej, pierwszej. Ryan Gosling kochający klasyczny jazz, nieco zblazowany, wypada fantastycznie w roli miłośnika muzyki. Nieco niezrozumianego, ale cały czas marzącego o własnym klubie, własnym miejscu, w którym to właśnie muzyka stanie się królową, a przybyli goście będą olśnieni jej pięknem i (nie)doskonałością. Aktorzy śpiewają, stepują, tańczą. Bawią się muzyką, jak przystało na musical. Bawią się sami, więc i ta zabawa udziela się widzom, którzy bez trudu wchodzą w wykreowany świat. Niby nowoczesny, a jednak wciąż pachnący wspomnieniami i tęsknotą, za tym co było. Chwilami mamy wrażenie, że akcja filmu wcale nie rozgrywa się w XXI wieku, a w poprzednich dekadach.

Bohaterowie filmu idą przez film tanecznym krokiem, wypełnieni muzyką, rozpromienieni marzeniami, stojący przed trudnymi wyborami. Czy wybiorą karierę czy też miłość? Nauczą się dzielić czas pomiędzy pasję a siebie? Czy jest to możliwe?

Jak połączyć stare i nowe?

Jednym z najważniejszych pytań padających w filmie i odnoszących się nie tylko do muzyki, ale przez muzykę wyrażonych,  jest: czy można rozkochać ludzi w starym? Czy stare znaczy złe i musi odejść do lamusa? A może da się połączyć nowe z tym, co w starym było najlepsze? Czy sentyment do tego, co minione powinien nam przysłaniać tu i teraz? Są to pytania, które po obejrzeniu seansu nie dawały mi spokoju. Kotłowały się w głowie, szalejąc, męcząc, trochę doprowadzając do „szału”. Tym bardziej, że nie ma jednej właściwej odpowiedzi. I udowadniają to sami bohaterowie. Każda obrana ścieżka może okazać się słuszna. Wszystko zależy od naszego zaangażowania, pasji i miłości do tego, co robimy.

La la land – szczery i naturalny

Dla mnie „ La la land” okazał się trochę jak dziewczyna z sąsiedztwa. Tętniący naturalnością, szczerością, nie epatujący seksapilem i nie przytłaczający widza. To, co mogło odstraszać przy „Whiplash”, tu zostało wyeliminowane. Reżyser składa hołd musicalowi, Hollywood i muzyce, a jednocześnie nie stawia im pomników. Zgrabnie opowiada opowieść niczym kumpel przy piwie, rezygnując z barier stawianym widzom.

To film, który z pewnością obejrzę jeszcze raz. I jeszcze raz. Bo warto do niego powracać. By przypominać sobie, czym są marzenia, ale i czym jest miłość. I czy rzeczywiście jedno z drugim się wyklucza.

A najpiękniejszy trailer to…

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter


Tytuł: La La Land

Data premiery: 2016-09-12
Ocena: 8 /10
Wpis powstał w ramach tygodnia z tematem: Tanecznym krokiemtanecznym-krokiem-cover-www