Avengers: Wojna bez granic pochłania… bezgranicznie – recenzja filmu

 Maj 20, 2018

Ostatni Thor podniósł wysoko poprzeczkę. Było tam wszystko, czego potrzebował nordycki bóg, by na nowo przykuć uwagę widza. A przecież wydawało się, że nic nie uratuje zwyczajnego, banalnego do szpiku kości wizerunku superbohatera. Po cichu liczyłam na ten sam efekt w przypadku najnowszej odsłony Avengersów.

Bo na pierwszej części – spałam.

Na drugiej wydarzył się podobny incydent.

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów był dużo lepszy, choć nie wyrwał mnie z fotela.

Tendencja zwyżkowa – rewelacja. Według wszelkich reguł panujących w świecie Marvela, powinno być tylko lepiej…


0

Bez znajomości bohaterów ani rusz

 Zacznijmy jednak od tego, że trzecia odsłona Avengersów to nie wyprawa dla wszystkich. Kto nie zna ani jednego bohatera pogubi się w ich gąszczu. Nie dlatego, że film został źle rozpisany, ale dlatego, że na tym polega magia filmu. Każdy superbohaer ma za sobą bagaż doświadczeń. Na jednym planie spotykają się Avengersi, Strażnicy Galaktyki, Czarna Pantera. Jest i Dr Strange jak i Spiderman. Każdy z poprzednich filmów prowadził nas po świecie komiksowej postaci, pozwalając oswoić się z jej mocami, przywarami, humorem, osobowością. Dzięki temu Avengersi nie są tylko przypadkową mieszanką osób, które machają rękami i nogami w celu unicestwienia wroga. Wiemy, co nimi kierowało, dlaczego zniknęli, a teraz znów są z nami, a przede wszystkim rozumiemy w pełni żarty rzucane między sobą czy nieporozumienia, które wynikają po drodze.

I teraz dobra wiadomość: by dobrze się bawić, nie trzeba znać wszystkich filmów Marvela. Już kilka z nich pozwoli na dość dobre odnalezienie się we… Wszechświecie wykreowanym przez braci Russo. Nie widziałam ani jednego Iron Mana ani Dr Strange’a. Nie widziałam również Zimowego Żołnierza. Nie zapominajmy również, że przespałam Avengersów. W pamięci tlą mi się jedynie okruszki scenariusza. Mimo to czerpałam ogromną satysfakcję z oglądania filmu. Powiem więcej: dwie i półgodziny, które fundują twórcy mija… ot tak. Nawet nie wiesz kiedy.

Bowiem nowi Avngersi to istny rollercoaster. Emocji, akcji i humoru. Wszystko w odpowiednich szufladkach. Wszystko na odpowiednim miejscu i w odpowiednich proporcjach.

Do czasu. Avengers: Wojna bez granic to dopiero pierwsza odsłona

 Czeka nas jeszcze druga, która pojawi się w kinach w 2019 roku. Nie zdradzając zakończenia, jestem lekko nim rozczarowana. Gdyby twórcy zakończyli „trylogię” teraz byłaby ona doskonałym przykładem niedopowiedzianej historii, wymykającej się schematom znanym z kina superbohaterskiego. Byłaby doskonałym zwieńczeniem nie tylko opowieści o odwiecznej walki dobra ze złem, ale również zwieńczeniem opowieści o ludzkości w ogóle.

Druga część, deser dla fanów, pocieszenie dla każdego, kto nie może rozstać się z uniwersum. Dla mnie jednak pójście zbyt oczywistą i zbyt banalną drogą. Choć kto wie – może bracia Russo zaskoczą swoich fanów i zafundują rozwiązania, których nie spodziewa się żaden fan?

Historia jak wiele innych, ale…

Nie spodziewajcie się tu historii, których nie znacie. Kamienie Nieskończoności to jak pierścienie we Władcy Pierścieni. Choć Thanos w przeciwieństwie do Saurona nie chce władać światem. Nie chce niszczyć dobra. Jego plan jest prosty – chce dać mieszkańcom Wszechświata szczęście. I dobrobyt. Wiemy jednak, że zasoby są ograniczone, a stworzeń i „gęb” do wykarmienia zbyt dużo. Co trzeba więc zrobić? Losowo, nie patrząc na pochodzenie, wykształcenie czy posiadane bogactwo, zabić połowę populacji na każdej planecie. Szaleniec? A może wizjoner?

Bracia Russo pokazali nieco inne oblicze kosmicznego złoczyńcy i głównego przeciwnika naszych superbohaterów. Instynkt nam podpowiada, że metoda, którą obrał Thanos jest zła i niemoralna. Jednak same pobudki, którymi się kieruje, już tak złe nie są. Jego celem nie jest władza, a przywrócenie równowagi: między naturą a mieszkańcami planet. Tym mocniej tkwi w tym przekonaniu po kilku eksperymentalnych i udanych próbach przeprowadzonych na podbitych przez niego planetach. Tym razem zniszczenia pragnie dokonać na Ziemi. Uważając się za mądrzejszego od człowieka, za lepszego i pozbawionego egocentryzmu. Dlaczego jako ludzie próbujemy kontrolować gatunki zwierząt na ziemi, a zła wydaje nam się sytuacja odwrotna? Odsyłam do ciekawego tekstu zamieszczonego na portalu krytykapolityczna, w którym Łukasz Muniowski doskonale punktuje Thanosa i nas, ludzi. http://krytykapolityczna.pl/kultura/avengers-thanos-muniowski/

Dzięki takiemu ujęciu Thanosa, widz zostaje pozostawiony w lekkim rozkroku. Przypomina mi się od razu serial „Dexter”, w którym główny bohater nocami zabija, by nakarmić mrocznego pasażera. Gdy jednak okazuje się, że zabijani są tylko źli i pozbawieni skrupułów przestępcy, przestajemy już tak łatwo oceniać postępowanie Dextera. Podobne uczucia pojawiają się wobec Thanosa, przez co film staje się ciekawszy, naturalniejszy i przede wszystkim bliższy człowiekowi. Świat Marvela przestaje być czarno-biały, a antagoniści wyrysowani jak na kalce.

Z drugiej strony, twórcy nie pozostawiają wątpliwości kto jest zły, a kto dobry. I co odróżnia człowieka (czy inną istotę obdarzoną „ludzkimi” emocjami) od tyrana. I dlaczego tak trudno tym razem wygrać Avengersom z Thanosem. Wielokrotnie nasi protagoniści musza stawić czoła prostemu wyborowi: jednostka czy dobro większości? Nawet Dr Strange, który zarzekał się, że dokona słusznej decyzji tj. do końca będzie bronił Kamienia, w ostatniej chwili kieruje się ludzką słabością. A może siłą? Wojna Thanosa mogła zakończyć się kilkukrotnie. A jednak… to właśnie ludzkie odruchy i brak poświęcenia przyjaciół sprawiał, że bitwa wciąż trwała.

Thor i Rocket w formie

To co zaobserwowaliśmy już w Thorze, Strażnikach Galaktyki, Spidermanie czy nieobecnym w Avengersach Deadpoolu, to potężna dawka humoru. W tej odsłonie brylują rzecz jasna i Thor, i Rocket, zdejmując co nieco ciężaru z opowiadanej historii. Doskonale dialogi, cięte riposty, bardzo dobry humor i poświęcenie uwagi każdemu bohaterowi (no prawie) sprawia, że film ogląda się wyśmienicie, a minuty płyną niezauważalnie dla nas.

W formie byli jednak nie tylko scenarzyści. Duże brawa należą się również ekipom odpowiedzialnym za kostiumy i efekty specjalne. Film nie wydaje się być odrealniony, a każde miejsce jest jak prawdziwe. Tętni życiem, nie odcina się od bohaterów. Wszystko fruwa i śmiga jak należy. Niezależnie czy nasi bohaterowie znajdują się na Ziemi czy obcej planecie.

Na zakończenie

 Choć wiem, że druga część musi powstać, żałuję, że twórcy nie mogli zaszaleć, by Avengersów zakończyć w taki sposób jak to stało się w Wojnie bez granic. I to jedyny zarzut wobec najnowszej odsłony marvelowskich historii. Bo 2,5 godziny, które serwuje się widzom mijają w oka mgnieniu. I nawet nie myśli się o bólu tyłka podczas seansu

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter


Tytuł: Avengers: Wojna bez granic

Data premiery: 2018-04-25
Ocena: 8 /10