Drugie oblicze starości, czyli kilka słów o Iris Apfel i premierze książki

 Maj 15, 2016

Czy starość może coś jeszcze przynieść oprócz udaru, bolącego kręgosłupa i stosu tabletek piętrzących się obok stoliczka nocnego? Czy starość może przynieść coś jeszcze oprócz kolejnej wizyty u lekarza, do którego ustawiła się długa kolejka ludzi w zbliżonym do siebie wieku?


0

Temat starości jest skrzętnie pomijany. W rozmowach młodych ludzi czy w bestsellerach na szczytach list. W tak wyzwolonym świecie, starość to temat tabu. Który nastolatek chce myśleć o tym, że jego dziadkowie mogą jeszcze uprawiać seks? Mama opowiadała mi kiedyś o cyklu programów, w którym to przedstawiono różne, często intymne sprawy związane ze starością i zestawiono je ze spojrzeniem młodych ludzi. Wynik był okrutny, ale i otwierał oczy na to, jak uciekamy od starości i jak ją postrzegamy.

Wyobraźcie sobie jednak staruszkę, która choć odniosła sukces zawodowy, nie była rozpoznawalna na ulicy*. Nie była celebrytką, choć współpracowała z największymi. Miała własną firmę tkanych materiałów. Dekorowała wnętrza. Także w Białym Domu. Dla dziewięciu kolejnych prezydentów. Przede wszystkim jednak kolekcjonowała ubrania, nie wspominając już o niezliczonej ilości dodatków i biżuterii. I nagle, gdy licznik zaczął wybijać 80 lat, stało się coś niesamowitego. Pojawiła się na okładce jednego z amerykańskich czasopism. Iris Apfel, już jako staruszka, stała się ikoną mody. Zaczęła być się wszędzie, nawet na papierowych torbach, tak jak i wszędzie wykorzystuje się jej wiedzę, doświadczenie i unikalne poczucie stylu. Iris Apfel, pomimo upływającego wieku, udowodniła, że starość może być równie szalona jak młodość. I na nic tu nie zda się metryka, w którą chcieliby wcisnąć ją młodzi. Jej szalone zestawienia, nie tylko ubrań, ale i biżuterii, pokazują, że zwracać uwagę można i trzeba, nie tylko przez odkrywanie kolejnych części ciała. I nawet ona, staruszka, nie musi mieścić się w przyjęty kanon tj. długą szarą spódnicę i sweterek, a na głowie moherowy beret.

Jej znakiem rozpoznawczym, oprócz oryginalnych, barwnych ubrań, są ogromne okulary w czarnych oprawkach i mocne czerwone usta.

Ubrań ma setki. Może tysiące. W domu garderoba mieści się na dwóch piętrach. A przecież ma jeszcze mieszkania, w których gromadzi kolejne stroje. I choć stać ją na drogie, markowe ubrania, to nie w nich odnajduje radość. Uwielbia buszować po straganach, niewielkich „osiedlowych” sklepach, lokalnych ryneczkach. A to, co później robi, z tych pozornie kiczowatych dodatków… To klasa sama w sobie.

Jest i druga strona medalu takiego życia. Choć w dokumencie nakręconym przez Alberta Mayslesa nikt nie mówi o tym głośno, jej dom, jej mieszkanie, przypomina rupieciarnię. Gromadzi rzeczy, otacza się wszelkimi pamiątkami. Trochę jak u zbieraczy, którzy nie potrafią wyrzucać nawet zepsutych przedmiotów. Wszystko ma swoją historię, nawet zabawki wystrugane przez nastolatka.

Radość w jesieni życia

To jednak niewielki problem, gdy zastanowimy się nad tym, jaką postacią jest Iris. Pomimo swych 95 lat, nadal jest aktywna. Nadal projektuje, nadal stylizuje. Prowadzi warsztaty dla studentów, odwiedza pokazy. Najważniejsze jednak, że nawet na chwilę nie straciła własnego stylu. Nie boi się zestawiać kolorowych, wzorzystych tkanin, a jednocześnie nie wygląda jak wieszak na straganie, na którym wszystko upchane jest przypadkowo. Nie wygląda kiczowato. Nie straszy. I oczywiście jest naturalna. Bez botoksu. Ze zmarszczkami wokół oczu, ust, na szyi.

Sam dokument o Iris to może nie najlepszy tytuł, jaki można obejrzeć w tej kategorii, ale jedyny pozwalający poznać niezwykle oryginalną postać w świecie mody. To również udowodnienie wszystkim, że starość nie musi wyglądać nudno i szaro. Wcale nie trzeba do tego majątku zgromadzonego na koncie. Oczywiście, jedni mogą pozwolić sobie na czerpanie radości jesienią życia, inni muszą zmagać się z tak dużymi problemami, że niewiele odnajdują przyjemności w nieubłagalnie upływającym czasie. Gdy jednak taka staruszka jak Iris potrafi przypomnieć młodej osobie takiej jak ja, że najważniejsze to nie bać się i być sobą, zawsze i wszędzie, to dla mnie staje się pewnego rodzaju wzorem.

Zastanówcie się teraz, ile razy oceniliście babcię, która za bardzo wyróżniła się z tłumu? Zastanówcie się, ile razy, skwitowaliście pod nosem, że tej 70-letniej babci nie wypada mieć tak mocno umalowanych ust? A teraz odpowiedzcie sobie na pytanie, czy rzeczywiście mamy prawo odbierać takiej staruszce prawo do bycia sobą?

Zaczęłam wchodzić na niepokojąco poważny temat, gdy sam dokument o Iris to rzecz niezwykle optymistyczna i barwna. Nawet, gdy staruszka wspomina o swoim złamanym biodrze, robi to z niebywałym urokiem, a przede wszystkim bez słów skargi. Po prostu, zdarzyło się. Najważniejsze, by nie dowiedział się o tym mąż, który za bardzo by się o nią martwił.

Książka staruszka

Przy tej okazji, chciałabym wspomnieć o pewnej premierze. Rzadko publikuję informacje na temat zapowiedzi i premier książkowych. Nie lubię zapychać bloga rzeczami, których nie sprawdzę (pomijam tu opisy wydarzeń kulturalnych). Tym razem jednak czynię wyjątek, gdyż sam projekt wydaje się być bardzo interesujący i z pewnością zasługuje na uwagę czytelnika.

Rzecz dotyczy książki „Małe eksperymenty ze szczęściem”, które są pamiętnikiem ponad 80-letniego staruszka, Hendrika Groena. W książce znajdziemy zapis codzienności mieszkańca amsterdamskiego domu spokojnej starości. Przy okazji jej premiery Wydawnictwo Albatros postanowiło przygotować kampanię, w ramach której przygotowano piękne, bardzo klimatyczne zdjęcia osób, które swe lada młodości mają już dawno za sobą. A może jednak nie? Może nam się tylko wydaje? Może to właśnie wtedy człowiek odkrywa piękno życia?

Na zdjęciach znaleźli się Stanisław Brudny, Irena Jun, Wiesław Kępiński i Zbigniew Rymarz. Po drugiej stronie obiektywu stanął Szymon Kobusiński.

Irena Jun - Małe eksperymenty ze szczęściem - fot. Szymon Kobusiński
Irena Jun – Małe eksperymenty ze szczęściem – fot. Szymon Kobusiński

 

Stanislaw Brudny - Małe eksperymenty ze szczęściem - fot. Szymon Kobusiński
Stanislaw Brudny – Małe eksperymenty ze szczęściem – fot. Szymon Kobusiński

 

Wiesław Kępinski - Małe eksperymenty ze szczęściem - fot. Szymon Kobusiński
Wiesław Kępinski – Małe eksperymenty ze szczęściem – fot. Szymon Kobusiński

 

Zbigniew Rymarz - Małe eksperymenty ze szczęściem - fot. Szymon Kobusiński
Zbigniew Rymarz – Małe eksperymenty ze szczęściem – fot. Szymon Kobusiński

 

Premiera książki „Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i ¼” miała miejsce kilka dni temu, 11 maja. Być może już niedługo znajdziecie jej recenzję na blogu, a tymczasem zostawiam Was z notką od wydawcy:

Znamy go jedynie z kart książki. To 83-letni mieszkaniec amsterdamskiego domu spokojnej starości. W krótkich, błyskotliwych wpisach komentuje rok ze swojego życia. Już na wstępie zaznacza, że  chociaż jest osobą znaną z dobrego wychowania, na stronach dziennika wcale nie zamierza być poprawny. Właśnie tu nareszcie pokaże swoje prawdziwe oblicze! I słowa dotrzymuje.  Nie ma dla niego tematów tabu, pisze bez cenzury, szczerze i otwarcie. O sobie i współmieszkańcach. O codzienności staruszków – jedzeniu, rozrywkach, najmodniejszych wózkach inwalidzkich, wizytach u wypalonego zawodowo protetyka. O sprawach poważnych – niedołężności, eutanazji, śmierci, samotności. I o miłości, którą przeżywa o pięćdziesiąt lat za późno.

Holenderscy dziennikarze przeprowadzili śledztwo, próbując odkryć, kto tak naprawdę jest autorem błyskotliwego dziennika. Prawdziwy mieszkaniec domu starców? A może ktoś znacznie młodszy? Sam Hendrik Groen mówi o swojej książce tylko tyle: Ani jedno zdanie nie jest kłamstwem, chociaż nie każde słowo jest prawdziwe.

Ile prawdy jest w opowieściach Hendrika? Dla większość krytyków i czytelników, których zachwyciło jego poczucie humoru to sprawa drugorzędna. Groen i problemy, z jakimi boryka się w domu starców, to coś równie fantastycznego, jak męki dorastania Adriana Mole’a – pisał „Zin”.  W precyzyjnych słowach autor dokonuje wiwisekcji stosunków panujących w domu opieki. Wzruszające i przezabawne zarazem – komentował „Leeuwarder Courant”.

Pamiętajcie, że babcia i dziadek, którzy czekają aż ich odwiedzisz, też mieli, a może nadal mają, barwne życie. Być może zaskoczyliby Cię nie jednym wspomnieniem. Pozwól im na to!

 

 

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter




%d bloggers like this: