To nie tak miało być, czyli „Dzień dobry, Robin” – recenzja dokumentu

  11 kwietnia, 2021

Robin Williams był symbolem. Symbolem genialnego komika, poczucia humoru i świetnych aktorskich kreacji. Czego się nie dotknął, zamieniał w złoto. Wydawało się, że jest to człowiek, który zaraża optymizmem, a sam jest bardzo szczęśliwy. Bo czy smutny człowiek, mógłby tak bawić innych?

Gdy w 2014 roku media obiegła informacja o śmierci Robina Williamsa, zaczęto mnożyć teorie. Przedawkowanie? Alkoholizm? Problemy z narkotykami? A może depresja? To właśnie ta ostatnia była podawana jako oficjalna przyczyna samobójstwa aktora. I nagle okazało się, że człowiek, który potrafił genialnie improwizować i tworzyć świetne, stand-upowe treści na poczekaniu, śmiesząc, bawiąc, wywołując salwy śmiechu, sam zmagał się z trudnym stanem emocjonalnym, psychicznym. Pogrążał się w stanie, który ostatecznie zmusił go do podjęcia desperackiego kroku.

I ja tę teorię przyjęłam. Dla mnie nie było w tym nic dziwnego. I ja jako nastolatka tworzyłam fasadę niepoprawnej optymistki, za którą krył się moja zła kondycja psychiczna. Myślę, że śmierć Williamsa stała się też ostrzeżeniem i jednocześnie sygnałem dla wielu, że nie można bagatelizować nikogo. Nawet jeśli pozory sprawiają, że depresja wydaje się być niemożliwa. Okazało się nagle, że także i ta choroba nie wybiera. Nie da się przed nią obronić i może dopaść każdego.

Jak jednak się okazuje w śmierci Robina Williamsa nie wszystko okazało się prawdą. Za jego złym stanem psychicznym nie stała depresja, a podstępna i niemalże niewykrywalna choroba otępienie z ciałami Lewy’ego. Eksperci z dokumentu „Dzień dobry, Robin” przyrównują ją do zwyrodnień, które atakują mózg. U Williamsa, pod koniec jego życia, zajęły już niemal cały mózg i dziwne było, że mógł jeszcze w miarę normalnie funkcjonować. Aktor jednak umarł nie wiedząc, co tak naprawdę się z nim dzieje. Nie wiedział, dlaczego ma urojenia, stany lękowe. Dlaczego ma trudności z zapamiętaniem jednej kwestii. Przypisano mu ostatecznie chorobę Parkinsona ze względu na nasilające się trzęsienie ręki. Jak się później okazało, diagnoza była nietrafiona. Co zresztą czuł sam Williams.

Dokument „Dzień dobry, Robin” to historia człowieka, którego zaczął pogrążać niewidzialny wróg. Nie używki, nie problemy w pracy. A choroba, której nikt nie potrafił zidentyfikować. Ile osób żyje w takim stanie? Z mojego najbliższego otoczenia znam co najmniej dwie. Nie wiesz, próbujesz zrozumieć, szukasz, ale odbijasz się od ściany. Wiesz, że lekarz nie do końca ma rację, ale ten wybiera łatwiejszą drogę, stawiając na choroby proste w leczeniu. Tak, żeby cię zbyć. Otoczenie też przestaje rozumieć a co ci chodzi. A ty tylko marzysz o tym, żeby lepiej się poczuć. Pojąć, dlaczego przestajesz być takim człowiekiem, jakim jesteś. Trudno się więc dziwić, że niekiedy psychicznie taką walkę się przegrywa. Bo ile można się zmagać z niezrozumieniem, bólem, cierpieniem? Brakiem możliwości czerpania radości z tego, co do tej pory stanowiło sens twojego życia.

Oczywiście, nie zawsze diagnoza oznacza, że wygrasz tę walkę. Tak jak w przypadku Williamsa, oznaczałoby tylko zrozumienie procesów w nim zachodzących, bo na ciała Lewy’ego nie ma na ten moment lekarstwa. Lecz pewnie sama znajomość choroby pozwoliłaby pogodzić się z losem, opanować symptomy, pomóc rodzinie znaleźć winnego tj. chorobę, nie chorego. Tym bardziej, że zachodzącego w mózgu zmiany wpływają na zachowanie, a tym samym na najbliższych. Kiedyś mama mi powiedziała „Wolałabym, aby wykryli mi cokolwiek, niż ciągle nie wiedzieć, co się ze mną dzieje”

„Dzień dobry, Robin” nie jest dokumentem odkrywczym. Ale pełni rolę niezwykle ważną. Pokazuje, jak często mylimy się w stosunku do chorego. Jak często nie potrafimy zrozumieć jego zachowania i tym samym potrafimy obwinić go za wszelkie złe słowa, dziwne gesty, nieprzyjemne rozmowy. I choć wykorzystana jest tu historia sławnej osoby, lubianego komika, który targnął się na swoje życie, to produkcja ma wymiar uniwersalny, pozwalający się odnaleźć wielu rodzinom i chorym.

Sięgając po film, warto zdać sobie sprawę, że nie odkrywa on żadnych sensacyjnych kart, a jedynie dementuje niesłuszne teorie, które narosły wokół śmierci Robina Williamsa. Być może jest też okazją do pożegnania najbliższych z artystą. Nie jest to podróż przez całe życie aktora. Nie jest to wyliczanka jego największych sukcesów ani też drogi na szczyt. Co prawda, są tu krótkie migawki z okresu jego całej kariery, a nawet studiów, ale wykorzystane są tylko po to, by pokazać co zaczęło szwankować w życiu Williamsa. Co doprowadziło go do podjęcia tak nieodwracalnej i ostatecznej decyzji. W dokumencie nie pojawiają się byłe żony aktora ani dzieci, to raczej rozmowy z osobami, które pracowały w ostatnim okresie z aktorem, z obecną żoną jak i sąsiadami.

Warto więc sięgnąć. By przekonać się, co tak naprawdę pogrążyło Robina Williamsa, jak i być może zrozumieć bliskich, którzy sami borykają się z dolegliwościami, których nie rozumieją. Niekoniecznie Levy’ego, ale jest wiele innych podstępnych chorób, które jak przyczajony tygrys, nie dają się łatwo schytwać.

Dokument dla lepszego rozumienia. Niekoniecznie wielkich gwiazd, ale naszych najbliższych.

Zobacz, gdzie obejrzeć dokument!

[mc4wp_form id="3412"]
Poster for the movie ""

Dzień dobry, Robin

Reżyser
Tylor Norwood
Czas trwania
1 h 16 min
Data wydania
1 września 2020
Gatunek
Documentary
Przegląd
The final word in the story of what really happened to Robin Williams at the end of his life, focusing on his fight against a deadly neurodegenerative disorder known as Lewy body dementia.
Wpis powstał w ramach tematu: Chory umysł