Jakby jutra miało nie być – szalona komedia „Palm Springs”

  1 marca, 2021

Idealny poranek. Budzisz się, gdy twa ukochana właśnie się ubiera. Właśnie wsmarowuje krem, wystawiając filuternie nogę. Patrzysz drapieżnie. Wiadomo, seks, pyszne śniadanie. A gdyby ten poranek przeżywać w nieskończoność?

Uważaj nim wypowiesz życzenie, bo jeszcze się spełni, a Ty utkniesz w pętli czasowej i jak w „Dniu Świstaka” będziesz przeżywał ten sam dzień w kółko. Bez wytchnienia. Przejdziesz każdy możliwy scenariusz. Ale…

No właśnie! Bo przecież możesz zginąć. I tak, wrócisz do żywych. Może więc polecieć pierwszy raz samolotem? W sensie jako pilot. Jak się rozbijesz, to i tak pal szczęść. Masz jeszcze jedno życie. I następne. I jeszcze jedno. Albo może niekonwencjonalny seks. Z kimś, z kim nigdy byś nie wylądował w łóżku? Ba, i tak dnia następnego czeka Cię reset.

Tyle panienek do zaliczenia.
Tylu facetów do schrupania.

Niech się więc dzieje wola nieba. Wszak z nią się zawsze zgadzać trzeba. A może nie nieba, tylko tajemniczej jaskini? A może nie jaskini tylko super źródła mocy? A może nie ma w tym nic nadzwyczajnego? To tylko zaburzenie fizyczne. Byleby nie psychiczne, bo leczyć taką traumę… Oczywiście pod warunkiem, że nie dostaniesz do psychologa. Bądź psychiatry.

Palm Springs – ile można?

A szybko tak może się stać, gdy jednak po raz setny budzisz się obok ukochanej czy ukochanego, a twa miłość okazała się tylko zwyczajna iluzją. Dobra weryfikacja życia, prawda? Więc w „Palm Spring” czeka nas ciąg tych samych dni. Odkrywanych na nowo. Przeżywanych w tych samych okolicznościach przyrody.

Co może być piękniejszego od wesela szczęśliwej pary młodej? I się wybawisz, i się najesz. I jeszcze może dasz upust swoim fantazjom. Na przykład na pustyni. Chyba że coś Cię trafi. Niekoniecznie piorun. Taka miłosna strzała. Od której wszystko może się zmienić.

„Palm Spring” jest potrzebne. Po koronawirusowej terapii, fajnie sobie przypomnieć, że jednak był kiedyś świat bez maseczek, w którym można pić, tańczyć i dotykać się bez zachowania 2 metrów dystansu. Z wujkiem klepniesz się po tyłku, z babcią się przytulisz, a z nieznajomą dziewczyną wymienisz płynami ustrojowymi. Uwielbiam w tym filmie lekkość i nie nachalność żartów. Płyniesz razem z fabułą, choć przecież ile można odtwarzać ten sam poranek?

Jednak na wierzch wypływa wiele ciekawych tematów: córka, uważana przez rodzinę za czarną owcę, zdrada, relacje damsko-męskie i męsko-męskie. Odkrywanie siebie na nowo. Jak my w lockdownie. Każdy dzień taki sam. Tylko z tą różnicą, że my wszystko pamiętamy, w filmie tylko bohater. Można pogodzić się z sytuacją i próbować z niej wycisnąć wszystko co się da. Do ostatniej kropli soku. Można też próbować coś zmienić. Bo to, co znane i komfortowe, musi kiedyś zniknąć. A życie wrócić na normalne tory. Konsekwencje również

„Palm Spring” to niepozorna komedia, w której zastosowano wszelkie możliwe znane chwyty. Pętlę czasu znacie? Znacie. Miłość, która rodzi się dopiero po jakimś czasie, by później wybuchnąć z wielką namiętnością? Znacie. A że ta miłość musi oczywiście spotkać na swej drodze trochę przeszkód, by wreszcie znaleźć swój happy end? A no znacie. Jest to w końcu amerykańska komedia romantyczna, wykorzystująca chwyty, które teoretycznie wabią widza przed ekran kina czy telewizora. Czasem jednak wychodzą potworki pokroju „Miłość do kwadratu”, a czasem zgrabne opowieści zarażające nie tylko miłością, ale przede wszystkim optymizmem.

Tym naturalnym. Tym, w który łatwo uwierzyć. Bo wiadomo, że jak wygnę się w kwiat lotosu czy inny półksiężyc, to wtedy szybciej znajdę męża. Żonę. Jak zetnę włosy i maznę sobie oko kredką, a na szyi spocznie naszyjnik marki, co go Gosia czy Ania tak pięknie prezentują, to wtedy znajdę swą wielką miłość. W końcu przemiana z brzydkiego kaczątka na dostojnego łabędzia to mamy opanowane do perfekcji.

A jednak w „Palm Spring” nie dochodzi do transformacji. A może jednak dochodzi. Tyle że umysłowej. I niespodziewany gość tej całej bajki ratuje naszego bohatera z opresji. I uwaga! Nie za pomocą pupy, długich nóg, umięśnionej klaty, czwartego mistrzowskiego stopnia w karate. O nie, z ratunkiem przychodzi umysł. Wiedza.

Tak, wiem. Niemożliwe.
A jednak.

Jednak oprócz lekkości scenariuszowej, mamy tu inną lekkość. Dużo ważniejszą w typowych, sztampowych fabułach. Aktorską. Andy Samberg (Jake z Brookyln 9-9, którego uwielbiam) i Cristin Milioti (matka, którą tak mało poznaliśmy!) stworzyli tak cudowną, ekranową parę, że trudno oderwać od nich wzrok. Pięknie opowiadają o miłości, niezależnie czy są razem, czy właśnie rozbijają się samolotem czy tańczą wygibańce w salooonie. A raczej w przydrożnym barze. Przez chwilę spełniają swoje marzenia i przypominają nam, widzom, że też możemy. Nawet w niesprzyjających warunkach. Najpierw trzeba tylko zaakceptować to, co otrzymaliśmy. I próbować czerpać z tego radość.

Choć oczywiście nikt z nas nie dostanie +1 do życia. Ani nie wskoczy na kolejny level przetrwania. Ale przecież kto by w takiej chwili przejmował się tak nieznaczącymi drobnostkami. Być jak feniks! I odradzać się z popiołu każdego poranka.

Jeśli więc boicie się zmarnować 1,5h swojego życia w kinie, to śpieszę Was uspokoić. Nie zmarnujecie. Wyjdą Państwo zadowoleni. I uśmiechnięci od ucha do ucha. Bo miłość zawsze zwycięży, prawda? I zakończenie może nie okaże się wcale takie oczywiste?

[mc4wp_form id="3412"]
Wpis powstał w ramach tematu: Pętla czasu