Słowo na M. Recenzja filmu „Maryjki”

  1 listopada, 2020

– Skoro jest Pani dziewicą, muszę być ostrożny – złośliwy uśmiech przemyka po twarzy ginekologa, gdy wypełnia kartę 50-letniej pacjentki.


– To tylko klimakterium – odpowiada z ignorancją lekarz


0

Bo wszak klimakterium to nie zaburzenia erekcji. Ani żadna prostata. To też w końcu nie kryzys wieku średniego, aby trzeba było się nad tym wyjątkowo rozwodzić. To tylko takie przejście w stan spoczynku, koniec pewnej ery. A to że będzie miała mniejsze libido? To, że będzie fatalnie się czuła? To, że podane hormony wywołają sto kolejnych skutków ubocznych? Bo w końcu to okropne słowo na M, to jak Voldemort w świecie czarodziejów. Nie wymawia się głośno jego imienia.

A Daria Woszek na przekór społecznej ignorancji zrobiła o menopauzie pełnometrażowy film. I to jeszcze jaki! Na tapet wzięła panią, która idealnie wpisuje się w stereotyp świętobliwej starej panny. Nie dość, że dziewicy, nie dość, że samotnej, to jeszcze pracującej w supermarkecie, zbierającej figurki Maryi i połykającej namiętnie Harlequiny, skrupulatnie zapakowane w folie jak komiksy w mieszkaniach zafiksowanych fanów świata Marvela. Ale stereotypy stereotypami, bo jednak Daria Woszek wcale nie skupia się na celebrowaniu świętości, ukrywaniu się po kątach i przeżywaniu swych dramatycznych chwil w samotności. O co, to nie!

Gdy Maria, nasza 50-letnia bohaterka, zaczyna brać leki przepisane przez przytoczonego na samym początku ginekologa, zaczyna odkrywać swoją seksualność. W pełnej krasie. Staje się lwicą na sawannie, wyczekującą na swoją ofiarę. Pragnącą tego wszystkiego, co do tej pory przeczytała w Harlequinach. W tej nietypowej, lekko spóźnionej podróży towarzyszy jej siostrzenica, która wpadła na dłuższą wizytę do ciotki. Szukając ukojenia swych skołatanych nerwów po kolejnym nieudanym związku. Ona, przy całej swej energii, seksualności, pewności siebie, nie traktuje swej ciotki jak kaczki-dziwaczki, czarnej – owcy rodziny. Szanuje ją, podziwia i traktuje jak bezpieczną przystań w swym burzliwym życiu.

Maryjki Daria Woszek

Maryjki, czyli przebudzenie

Lecz jak w każdej przystani i tam bywają sztormy. Maria zaskakuje Helenę swymi humorami. Bywa gwałtowna, opryskliwa, niespodziewana. Nie zawsze miła. Nie zawsze spokojna. Wręcz przeciwnie. Kobieta wychodzi ze swej apatycznej skorupy, robiąc to, na co ma ochotę, nie udając po raz kolejny sympatycznej, szarej, niczym się nie wyróżniającej myszki, co to klepki zaczynają się przestawiać. Menopauza i/lub hormony sprawiają, że Maria ma nie tylko niezły odlot i halucynacje, lecz także zaczyna mieć prawdziwy apetyt na życie. I choć reżyserka wyszła z utrwalonych w społeczeństwie klisz, podążyła w absurdalnym, abstrakcyjnym kierunku. Wielokrotnie wyolbrzymiając przemianę Marii. Lecz to, co dzieje się z kobietą na przestrzeni kilku lat, tu zostało ujęte w krótkim okresie (kilku dni? Tygodni? Miesiąca?)

To przebudzenie, to prawdziwa rewolucja, która zmienia życie Marii, pakując ją w niemałe tarapaty. Zmienia się fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. W bohaterkę wciela się Grażyna Misiorowska, aktorka znana z opolskiej sceny teatralnej. Stąd też doskonałe wyczucie aktorki, odwaga i świadomość ciała. Także brak skrępowania i odważne wystąpienia nago. Tym samym Daria Woszek złamała kolejne tabu. Kolejną granicę – bo przecież kto chce oglądać nagich ludzi, który już są dawno po trzydziestce i nie mają wysportowanego, idealnie wymodelowanego ciała? Grażyna Misiorowska stała się Marią. Tą apatyczną, tą spokojną, tą wielbiącą swe Maryjki. I Marią, która owe Maryjki tłukła w szale, w opętaniu, w swej dzikiej rozkoszy. Towarzysząca jej na ekranie Helena Sujecka, wyśmienicie dopasowała się do starszej koleżanki. Tym samym obie panie stworzyły duet, który zapada w pamięć, który iskrzy i bardzo dobrze prezentuje się na ekranie. Dla mnie obie są odkryciem, choć sama Helena Sujecka już ma kilka występów kinowo-serialowych.

Lecz nie tylko gra aktorska stanowi mocny punkt polskiej produkcji. Ja nie mogłam oderwać oczu od wizualnej strony filmu. Jakże cudne wnętrza! Jakie piękne kolory. Trochę takie pod Wesa Andersa, a jednak takie swojskie, polskie. Nawet ten supermarket, taki prlowski, a jednak próbujący być współczesny. Każdy detal w wystroju jest doskonale przemyślany i jakże pięknie prezentuje się przed kamerą. Podobnie jak dom Marii. Choć zawalony figurkami Maryjek, to jednak zachwycający i urządzony w taki sposób, że i ja mogłabym tam zamieszkać. (brawo Alicja Kazimierczak i Maja Gralak). Całą scenerię, niecą teatralną, w której i światło i kolor mają znaczenie ujął na swych zdjęciach Michał Pukowiec.

Maryjki - Daria Woszek

Ach i zapomniałabym. Humor. Podobno niskich lotów. No nie wiem. Ja nie byłam zażenowana. To nie loty kloaczne, sięgające bruku, o kupach, dupach i pytongach. A nie, przepraszam. O tym ostatnim to jednak są. „Pytoniagra. Obudź, swojego pytona” – lecz w jakże doskonałym kontekście i wyczuciem. A gdyby ktoś miał wątpliwości czy dojrzała kobieta może myśleć wiele o seksie a jednocześnie bawią ją rubaszne żarty… to pozwolę sobie przekonać Was do wybrania się na dowolny przegląd twórczości kabaretowej seniorów. Szybko zmienicie zdanie.

To dobre kino. Może jeszcze niedoskonałe, ale odważne i nie bojące się trudnych tematów. Podążające podobną ścieżką, co „Córki dancingu”. Nie nastawiajcie się więc na kino oczywiste i kino rzeczywiste. Raczej lekko odurzone, oderwane, wyolbrzymione. Lecz w swym wyolbrzymieniu uderzające w odpowiednie struny. A przede wszystkim nurtujące i frapujące, zrywające plaster tabu z tematu omijanego nie tylko przez główny nurt, ale przede wszystkim przez same zainteresowane.

Rewolucja jest kobietą, a tu nie dość, że jest rewolucją, to sama rewolucję przechodzi. „Maryjki” to kino kobiece. Ale nie kobiece pełne gorących romansów, od których pąsowieją poliki. To kino wypełnione kobiecą siłą, seksualnością, odkrywaniem samej siebie. Mocne, a jednocześnie wrażliwe. Inteligentne i zabawne.

Gorąco polecam!