Mój Rembrandt – recenzja dokumentu

  6 października, 2020

Kocham Witkacego. Jego niespokojną kreskę, spojrzenie pełne wadliwości, wydobywające nie to co najpiękniejsze, lecz ludzkie. A jednocześnie wypełnione majakami, sennymi marami. Kocham Dalego. Za jego wyobraźnię, dziwaczne metafory, ukryte symbole. Kocham Leonarda da Vinci. Za jego perfekcyjne wykonanie, bogactwo szczegółów, oddanie piękna człowieka.

Oni kochają Rembrandta. Za jego zabawę cieniami, za intensywność emocji, spojrzeń, gestów. Za jego mroczność, głębsze spojrzenie, dynamikę. Rembrandt stanowi ich sens życia. Odnajdują go w sobie, naokoło, poszukują kolejnych obrazów, które zaspokoiłyby chęć posiadania dzieł mistrza. Mają obsesję na punkcie jego obrazów. Lecz każdy z zupełnie innego powodu. „Mój Rembrandt” to dokument, który opowiada nie tyle o samym malarzu, co o ludziach, którzy w jego dziełach się zakochali.

Lub zwęszyli interes.

Ona patrzy na mnie

Są takie obrazy, o których nie możesz przestać myśleć. Przechodzisz obok nich i czujesz ich obecność. „Portret starej kobiety z książką” zawładnął sercem i duszą księcia Buccleuch. Książę siada naprzeciwko niej, zerka ku górze, nie może oderwać od niej wzroku. Pomimo że wokół niemal każdą wolną przestrzeń zagarniają dla siebie dzieła sztuki, to właśnie ona staje się jego obsesją. Obserwujemy jego zachwyt, jego obsesję, jego wręcz pożądanie. Widzimy relację, którą stworzył z portretem namalowanym przez holenderskiego mistrza. Czasem zbyt intymną, przytłaczają widza, wywołującego w nim dziwne uczucie, że owa relacja powinna zostać za murami posiadłości księcia. Jesteśmy świadkami przeprowadzki portretu, by ten znalazł się wreszcie w miejscu, w którym może być podziwiany bez skrępowania. W którym znajdzie się na odpowiedniej wysokości, w odpowiednim świetle, w odpowiednim otoczeniu. A przede wszystkim w miejscu, w którym książę wreszcie będzie mógł oddać się celebrowaniu piękna obrazu.

Ku dobru wszystkich

Są też tacy, którzy dorabiając się majątku, nagle stają się kolekcjonerami. Powiększają swoją kolekcję, szukając perełek dawnych mistrzów. Wydając majątek, kupują dzieła. Niekoniecznie trzymają je dla siebie. Jak w przypadku amerykańskiego biznesmena, który swoje kolekcje prezentuje w najróżniejszych miejscach globu, wypożyczając je instytucjom publicznym. Tak, by Rembrandta mogli podziwiać także inni. I by tak, jak on, mogli chłonąć piękno bijące z zamalowanego płótna.

Wielkie dzieło = wielkie pieniądze = wielkie skandale

Lecz to nie powyżsi bohaterowie filmu „Mój Rembrandt” wzbudzają najwięcej emocji i przyprawiają o szybsze bicie serca. Młody Jan Six, handlarz dziełami sztuki, który marzy o swojej wielkiej szansie i odkryciu nowego obrazu Rembrandta. Liczy na łut szczęścia. Że ktoś gdzieś się nie pozna i wystawi za bezcen obraz wart miliony. I rzeczywiście, wiedziony przeczuciom nabywa obraz nieznanego artysty, bez podpisu, lecz mocno przypominający dzieła wielkiego mistrza. Miesiącami analizuje ów obraz, prześwietla go, konsultuje się ze specjalistami, którzy byliby w stanie potwierdzić autentyczność dzieła. Jednak walka nie kończy się, gdy świat przyklaskuje jego odkryciu. Bo tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, tam też kończą się skrupuły, uśmiech, radość z obcowania sztuką. Zaczyna się bitwa, w której stawką jest nie tylko powiększona suma na koncie, ale też wielka sława. Bo ilu zapomnianych Rembrandtów można odkryć w swoim życiu?

Lecz nie tylko biednego Jana Sixa wpędza Rembrandt w tarapaty. Jak się okazuje holenderski mistrz zza grobu wywołuje skandal i spór dyplomatyczny pomiędzy Holandią i Francją, gdy te postanowiły wspólnie nabyć dwa portrety spod pędzla Rembrandta. Suma, którą zażyczyła sobie rodzina Rothschildów za sprzedaż obrazów, znacząca przekroczyła budżety dwóch najważniejszych instytucji kulturalnych w obu krajach. Lecz chęć posiadania kompletu była nie do okiełznania.

„Mój Rembrandt” to opowieść o ludziach, w których sztuka staje się obsesją. Dla jednych estetyczną, dla innych możliwością wielkiego zarobku. Jednak u każdego bohatera wielki mistrz i jego dzieła wywołuje wiele emocji.

Film obiecuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego obrazy Rembrandta tak fascynują wielu ludzi na świecie. Dlaczego są w stanie poświęcić swoje życie, swój czas na odkrywanie go na nowo. Jednak reżyser Oeke Hoogendiij nie daje odpowiedzi. Choć przyjemnie przyglądać się szczegółom obrazów i posłuchać ekspertów wypowiadających się o kunszcie wielkiego mistrza. Są to jednak pojedyncze kadry, które nie spełniają swojej zasadniczej roli: aby widz nie znający Rembrandta, mógł poczuć to obezwładniające uczucie, które targa naszymi bohaterami.

Jest to piękny dokument. Bo opowiada o sztuce. Jednak bardziej bazuje na sensacyjnych doniesieniach z rynku sztuki niż na samych aspektach wielkości mistrza. Pod powierzchownym pięknem idealnie skrojonych kadrów czegoś brakuje. Tej nutki mroku i tajemnicy, które unoszą się nad dziełami mistrza.

Wpis powstał w ramach tygodnia z tematem: Kolekcjonerzy sztukiheart rainbow of colors on a white wooden background