16 wschodów słońca dziennie – recenzja

  2 października, 2020

 –Pewnego dnia oglądałem zachód słońca czterdzieści trzy razy – powiedział Mały Książę, a w chwilę później dodał:
– Wiesz, gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca.
– Więc wówczas gdy oglądałeś je czterdzieści trzy razy, byłeś aż tak bardzo samotny? – zapytałem. Ale Mały Książę nie odpowiedział.

Lecąc w kosmos zostawiasz za sobą wszystko. Spełniasz swoje marzenie o tym, by wyruszyć w miejsce obce, zupełnie nieznane. W miejsce, w którym na świat patrzysz z innej perspektywy. Potem jednak przychodzi zderzenie z rzeczywistością. Szara codzienność z licznymi ograniczeniami. Samotność, której nie wypełnią zapierające dech w piersiach panoramy i poczucie misji. Załoga, którą mijasz każdego dnia przez kolejne miesiące staje Ci się bliska, ale czy jest w stanie zastąpić Twoją rodzinę?

Thomas Pesquet, francuski astronauta, który lada chwila przyłączy się do 50 i 51 Ekspedycji na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, mówi, że jego dziewczyna ratuje świat, on daje dzieciom marzenia. Jednak nie tylko dzieciom. Daje też marzenia dorosłym, bo bez tych marzeń, nie jesteśmy w stanie popychać swojego życia do przodu. Thomas przyłącza się do amerykańsko-rosyjskiego zespołu. W trójkę wyruszają na stację, gdzie przez pół roku będą wykonywać zlecone badania, eksperymenty, zdjęcia, a także prace naprawcze. Pół roku powtarzalnych czynności na ograniczonej powierzchni, bez możliwości trzaśnięcia drzwiami, wykrzyczenia swoich bolączek i rozpłakania z tęsknoty.

„16 wschodów słońca dziennie” to historia ludzi, którzy oddani misji wyruszają w niezwykłą podróż. Muszą zmierzyć się nie tyle ze słabościami organizmu, co przede wszystkim słabościami ludzkiej duszy. I choć ani razu nie uczestniczymy w przygnębiających rozmowach o tęsknocie za domem. I choć ani razu nie dowiadujemy się o dojmującej uczestników wyprawy samotności, to pomiędzy kadrami wypełnionymi ciszą, czujemy to, co nie zostało wypowiedziane. Choć loty w kosmos to marzenie wielu dzieci i dorosłych (pamiętacie Howarda z Bing Bang Theory, który pęka z dumy, że został astronautą?), to zderzenie z rzeczywistością bywa trudne.

Dokument to jednak przepiękne zdjęcia, które oglądamy z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. To panoramy, którym możemy się przyglądać. To możliwość obejrzenia świata, którego większości nas nie będzie dane nigdy zobaczyć. To również możliwość zobaczenia stacji od środka. Jak zupełnie inaczej prezentującej się w rzeczywistości niż pomieszczenia oglądane w produkcjach sci-fi. Bo przecież w filmowych stacjach mamy poczucie ładu, porządku. Wszystko jest schowane, ukryte przed widzem. Obraz prawdziwej stacji to… wystające wszędzie kable, liczne przedmioty poprzypinane do ścian. To latające gdzieś kartki, urządzenia, pojemniki. Gdy zaglądasz tam po raz pierwszy, zastanawiasz się, jak odnaleźć się w tej szalonej plątaninie wszystkiego.

„16 wschodów słońca dziennie” to rzeczywistość astronauty

Zobaczysz również, jak wygląda prawdziwe przygotowanie do wyjścia na kosmiczny spacer. To nie jest 5-minutowe naciągnięcie skafandra na ciało. To żmudne ubieranie, którego nie da się zrobić w pojedynkę. To przygotowania trwające kilkadziesiąt minut, wymagające siły, wprawy i przede wszystkim pomocy innych osób. Dokument to również możliwość uczestniczenia w starcie rakiety jak i też w późniejszym powrocie astronautów na ziemię.

Choć samej poetyki i baśniowości „Małego Księcia” brakuje w dokumencie (który jest przywoływany co jakiś czas podczas seansu), to stanowi ciekawe wprowadzenie do świata kosmicznych lotów. Do świata na ten moment niedostępnego i odmiennego od tego, jaki oglądamy w filmach sci-fi. Thomas Pesquet jest naszym przewodnikiem, wycofanym, niewiele mówiącym, odnajdującym się w ciszy. Odnoszącym się z respektem do miejsca, w którym się znalazł. Dokument charakteryzuje się powolną narracją, podczas której widz, jak astronauta, może delektować się obrazami, które może obejrzeć

Mnie nie porwał, nie wywołał palpitacji serca, a jednocześnie jednak zafascynował. Bo lecąc w kosmos, nagle mocno stajesz na ziemi. To w końcu praca jak każda inna. Tyle że zamiast wracać do domu po ciężkim dniu, musisz zostać tam gdzie jesteś. Bez możliwości złapania świeżego powietrza. W pogoni za marzeniem. Zapierającym dech w piersiach marzeniem.

Film obejrzany w ramach 17. Festiwalu Filmowego Millenium Docs Against Gravity 

Wpis powstał w ramach tygodnia z tematem: Kosmiczna samotnośćheart rainbow of colors on a white wooden background