„Syn” Philipp Meyer – recenzja książki

  22 lutego, 2020

Wyobraź sobie, że widzisz gwałt własnej matki i siostry. Widzisz też śmierć porwanego brata. Być może już nawet widziałeś jak wykrwawiasz się gdzieś wśród amerykańskich stepów, ale obiecałeś sobie, że będziesz silny. Że nic Cię nie złamie. Wyobraź sobie, że zamiast kłaść się spokojnie w swoim łóżku, w swym domu, musisz być upokarzany przez Indian, którzy cię porwali. Upokarzają Cię, lecz ty się nie poddajesz. Jesteś silny. Żyjesz nadzieją? Czy może uruchomiły się w Tobie najsilniejsze pierwotne instynkty, dzięki którym przetrwasz? Przeżyjesz? A może nawet uciekniesz?


0

Zmieni cię to. Przez całe życie nie zdajesz sobie sprawy, jak obcowanie z indiańskim plemieniem wpłynęło na Twoje życie, jak Cię ukształtowało i do jakich wyborów doprowadziło. Cenisz wartości, które amerykańskim małomiasteczkowym mieszkańcom Teksasu nie przyszłyby do głowy. Bo przecież indiańskie życie jest złe, okrutne…

Porwany przez Indian chłopiec to Eli, później nazywany Pułkownikiem. To on stanowi punkt wyjścia dla całej historii, bowiem to od niego rozpoczyna się wielka odyseja rodziny McCulloughów. Odyseja przez epokę, w której zdążyło zmienić się wszystko, lecz jak spoiwo łączyło jedno: dom. I to wcale nie dom we współczesnym pojmowaniu. Dom, a raczej ranczo rodzino, to miejsce, które przez niektórych było znienawidzone, przez innych ukochane, a dla niektórych było miejscem, do którego wciąż powracali. Niezależnie od wspomnień i uczuć, jakie do niego żywili. Niezależnie czy czytamy o Pułkowniku, jego synu Peterze czy prawnuczce Jeanne. Philipp Meyer zgrabnie opowiedział nie tylko losy potężnej rodziny okupionej krwią, przemocą i trudnymi decyzjami, ale również losy samego Teksasu – stanu tak różnego od północnej części Ameryki. Stanu, który pomimo licznych zmian wokół, sam mentalnie aż tak bardzo się nie zmienił. Choć częściowo musiał, by przetrwać i się dostosować.

Poprzez przyjęcie aż trzech perspektyw umieszczonych w różnym czasie, autor zmierzył się ze stereotypami utrwalonymi w popkulturze, przełamał łatwy podział na dobrych i złych, pokazał jak zmieniał się Teksas i w jaki sposób radzili sobie ówcześni mieszkańcy. A nie było to łatwe zadanie. Tym bardziej, że cofnął się do końca XIX wieku, kiedy to miasta nie były wcale rozbudowane, a mieszkanie na odludziu mogło skończyć się tylko w jeden sposób – najazdem wroga. Wychowując się w takich czasach, niebezpiecznych i niepewnych, Pułkownik czy też Eli, nie mogli być kruchymi istotami bujającymi w obłokach. W innym przypadku ginąłeś. I tak też stało się z bratem seniora rodu. Jednak żyjąc na wolności, przemierzając stepy, jednocząc się z naturą, nie dając się schwytać w sztywne okowy zachodniego świata, Eli mierzy się z odnalezieniem swojej własnej tożsamości.

„Stało się dla mnie jasne, że życie sławnych i bogatych nie różni się specjalnie od życia Komanczów: robi się, co chce i przed nikim się nie odpowiada (…). Jedno wiedziałem na pewno: już nigdy więcej nie będę dla nikogo pracował”.

Można by rzecz: jak powiedział, tak zrobił. Mając silny, teksański charakter połączony ze szkołą życia u Indian, sprawił, że jego rodzina wspięła się na sam szczyt hierarchii. Było to jednak okupione szczęściem rodziny i ogromnym wpływem na kolejne pokolenia. Nie z powodu pieniędzy, które płynęły na ich ranczo… A z powodu widma Pułkownika, które cały czas się nad nim unosiło. Czy był, czy go nie było. Eli to ucieleśnienie kowboja, którego znamy z westernów i opowieści o Dzikim Zachodzie. Goniącego za przygodą, nie bojącego się stanąć oko w oko z niebezpieczeństwem. Ponad wszystko ceniącego wolność.

„Tak czy inaczej było to najwspanialsze lato, jakie kiedykolwiek przeżyłem i mimo ponurych nastrojów, czułem się ukontentowany jak nigdy przedtem. Każdego dnia mogłem zginąć z rąk białych czy wrogich Indian, mógł mnie rozszarpać grizzly albo wataha polujących na bizony wilków, ale rzadko musiałem robić coś, na co nie miałem ochoty i może na tym właśnie polega różnica między białymi a Komanczami, bo biali zawsze byli gotowi zaprzedać swoją wolność za dłuższe życie i lepsze jedzenie, a Komancze cenili wolność ponad wszystko.”

Jakże więc inny był Peter, syn Eli’a! Jakże odmienny w sposobie myślenia i postępowania. Był zaprzeczeniem postawy ojca. Urodził się nie w tych czasach, ale i nie w tym miejscu, bowiem idealnie nadawał się na romantycznego bohatera niemieckich powieści. Co z resztą dobitnie podkreśla jego żona:

„-Wiem, że ciebie to nie obchodzi, Peter. Nie obchodzi cię nikt inny poza tobą samym i nic innego poza twoim smutkiem. To obchodzi cię najbardziej: dbanie, by być najnieszczęśliwszym na świecie.”

Nie brzmi znajomo? Niemalże jak cierpienia Wertera, tylko w teksańskiej wersji.  On sam, w przeciwieństwie do swojej rodziny, chce postępować inaczej. Wie, że już kolor skóry nie ma znaczenia. Że jesteśmy wszyscy równi. A z drugiej strony biernie poddaje się woli ojca i brata, nie biorąc losu w swojej ręce. Nie umie przeciwstawić się wystarczająco mocno, by zacząć postępować słusznie. A jeśli nawet stara się to robić, to tak by nikt nie widział, pod osłoną „nocy”. Gdy pojawia się szansa na odkupienie, uczepia się jej, lecz długi czas nie potrafi zdobyć się na odwagę, by ją w pełni wykorzystać. A może to nie odkupienie tylko pragnienie ciągłego biczowania za to, co się wydarzyło? Niesienie własnego krzyża? Peter to ucieleśnienie sprzeczności, transformacji, którą przechodził stan. Bo już wcale nie Indianie byli największym zagrożeniem, a Meksykanie czy nawet… biali sąsiedzi. Na horyzoncie majaczyła też I wojna światowa, która pochłaniała młodych żołnierzy.

I wreszcie mamy Jeanne, która nie akceptowała decyzji ojca, nie potrafiła pogodzić się z rolą, jaką przypisywała jej rodzina. A była to rola, jaką my kobiety, doskonale znamy – damy, która nie powinna trzymać w dłoni lassa, ganiać za bydłem czy wreszcie zarządzać wielkim majątkiem. I Jeanne długi czas się poddawała woli innym, choć potrafiła się zbuntować. Gdy jednak poznała swojego męża, naturalnie przyjęła rolę matki, sama przyjmując bierną postawę. Przez całe życie walczyła ze stereotypami i próbowała udowodnić swoją siłę, nie dając za wygraną ani mężczyznom z jej rodziny ani właścicielom wielkich majątków, z którymi prowadziła rozmowy. I choć sama nie uznawała się za feministkę, przez swą postawę, wybory i sukces tak była postrzegana przez wiele młodych kobiet.

Phillip Meyer postanowił więc przez pryzmat różnych pokoleń, ale i osobowości oraz postaw pokazać Teksas i jątrzące się w nim problemy. Pokazał przez szkiełko, jak trudno było mieszkać tu osobom, które nie wpisywały się w schemat dobrze nam znany – silnego, potężnego, białego mężczyzny, który nie boi się stanąć oko w oko z niebezpieczeństwem, a jak zajdzie potrzeba to idzie „obsikać teren”, by zaznaczyć jego granice. Jeśli nie należysz do tej paczki, giniesz. Jeśli się przeciwstawisz, musisz znaleźć w sobie mnóstwo siły, by walczyć ze wszystkimi, którym stare tradycje odpowiadają. Gdy jednak przyjrzymy się bliżej, Meyer w swej powieści odtwarza relację ojca z synem i konsekwencje, gdy ta więź nie jest wystarczająca silna. Ile bólu i cierpienia skrywa w sobie dziecko, gdy ogląda cierpiącą matkę i nie może przebywać razem z ojcem. I wreszcie jak pogoń za cieniem ojca, dziadka czy wręcz przeciwnie, próba całkowitego odcięcia się od wartości rodzinnych, niszczy nas jako jednostki.

Pułkownik jest ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Jak człowiek, który nie miał nic, nawet domu, do którego mógłby wrócić, zbudował swoje imperium. Lecz w tym spełniającym się marzeniu, w tej wyboistej drodze sukcesu, którą tak uwielbiają kręcić hollywoodzcy reżyserzy, jest mała rysa: gdy budujesz swój wielki sukces, możesz zgubić coś o wiele ważniejszego – rodzinę. Gdy więc już będziesz musiał odejść, okaże się, że budowałeś to wszystko… po nic. A to, od czego tam bardzo uciekamy, może stać się naszym przekleństwem. Naszym i naszej rodziny.

Powieść „Syn” to powieść o rozbuchanych rozmiarach, w której przeplata się wiele wątków, zgrabnie wprowadzonych, dynamicznych i zróżnicowanych. Mamy więc i trochę przygody, i trochę romantyzmu, mamy sagę rodzinną i w związku z tym liczne dramaty. Nie jest to powieść, w którą trudno się wgryźć, wręcz przeciwnie, przebiegamy kolejne strony z należytą łatwością. Choć warto też pamiętać, że przystępna forma okupiona jest prostszym językiem, który czasem może doskwierać. Tu dominuje surowość niż poezja.

Zdecydowanie polecam. Podróż po Teksasie przez kolejne dziesięciolecia jest niezwykłym doświadczeniem, burzącym wiele stereotypów i mitów stworzonych na potrzeby popkultury, choć… wiele z nich się również potwierdza. To krwista, pełna dynamiki powieść, która zabiera na stepy dalekie i sprawia, że zaczynamy tęsknić za wolnością.  

Wpis powstał w ramach tygodnia z tematem: w cieniu ojcaw-cieniu-ojca