„1917” – kino wojenne z okopów na wyżyny

  23 stycznia, 2020

Chcesz wiedzieć jak zrobić film, który sprawi, że Twoje trzewia rozgrzeją się do czerwoności, poliki zarumienią się niczym po dobrym orgazmie, a na ciele niczym tajfun rozprzestrzeni się gęsia skórka? Zgłoś się do Sama Mendesa, który doskonale znając swoje rzemiosło, wykorzystał wszystkie jego atuty. Bazując na prostym scenariuszu, niczym „Dunkierka”, spoił wszystkie elementy razem, doprowadzając je do perfekcji. Nolan postawił na bardziej efektowne kino (choć wciąż w swej widowiskowości kameralne), w którym trzy historie pojedynczych jednostek, zderzają się w kulminacyjnym punkcie. U Mendesa, cała historia spoczywa na barkach dwóch aktorów, co więcej – nieznanych z większych, znaczących ról.


0

W „1917” wybrzmiało wszystko, co miało wybrzmieć – zdjęcia, muzyka, a nawet aktorstwo. Żaden element nie ginie przygnieciony drugim. Żaden nie staje się głównym nosicielem emocji. Każdy element jest równie ważny jak pozostałe. Każda scena rozplanowana z pieczołowitością godną wirtuoza stanowi piękne zespojone dzieło. Choć warto zaznaczyć w tym momencie, że film oparty jest ledwie na dwóch mastershotach. I tak, cięć jest więcej, lecz montaż jest tak subtelny, że niemal niezauważalny dla zaangażowanego w historię widza.

Z jednej strony obserwujemy kameralny spektakl. Kamera towarzyszy dwóm szeregowym żołnierzom z różnym doświadczeniem wojennym, wysłanym niemal na samobójczą misję. Jeden z nich wybrany jest nie bez przyczyny – kto bowiem odmowi rozkazu (choć z drugiej strony, rozkaz to rozkaz, idziesz i już), gdy wie, że za kilka godzin jego brat może zginąć w zaplanowanej na wczesny ranek misji przeciwko wrogowi. Absurd? Owszem, jak cała wojna. Jedni giną, by drudzy mogli ocaleć. Liczy się jednak motywacja, a tym samym determinacja. Jakże wiec znamienne są słowa wypowiadane przez Benedicta Cumberbatcha: przychodzi jeden rozkaz, by za kilka dni przyszedł kolejny, zaprzeczający temu pierwszemu.

Musisz wiedzieć jedno. Praca kamery wymusza na widzu nawiązanie bliskiej, wręcz intymnej relacji z dwójką szeregowych żołnierzy. Wpadasz w to bagno jak nasi bohaterowie. Grzęźniesz razem z nimi w  błocie, ocierasz się o zasieki, ranisz, skaczesz do wody czy wreszcie przeżywasz jedną czy drugą eksplozję. Sam Mendes wespół z genialnym Rogerem Deakinsem (odpowiadającym za zdjęcia) stworzyli widowisko, w którym widz nie ma wyboru. Nie zaglądasz w telefon, nie wyczekujesz z niecierpliwością końca seansu. Bo wiesz, że jego koniec oznaczać może koniec naszych bohaterów. Tych imiennych jak i bezimiennych.

Więc podobnie jak operatorzy biegniemy za tą dwójką żołnierzy, świadomą ryzyka i czyhających niebezpieczeństw. Czasem wybierających słuszne drogi, innym razem postępujących zupełnie bezmyślnie, naiwnie i głupio. Ale przecież tak to bywa, gdy zostajesz postawiony pod ścianą i musisz podejmować szybkie decyzje w krytycznych sytuacjach. Utytłani, przemoczeni, zakrwawieni – czujesz to niemal na własnej skórze, stając razem z żołnierzami oko w oko z niebezpieczeństwami.

 

Nie ma tu wyeksponowanego patriotyzmu jako siły napędzającej działania szeregowców. Nie ma patetyzmu i podniosłości, gdy wspólnie przedzierają się przez okopy. Jest za to brutalna zwyczajność, którą nie tylko widać, ale i słychać w dialogach. Każdy z nich na swój własny sposób próbuje sobie poradzić z wojennymi traumami. Co po nich pozostanie? Kawałek blachy ze wstążeczką, która będzie świadczyć o ich odwadze w czasie wojny? Czy to w ogóle ma jakieś znaczenie, gdy stajesz ze śmiercią oko w oko? Sam Mendes rezygnuje z przereklamowanego bohaterstwa na rzecz kraju, stawiając na jednostkę i jej próbę odnalezienia się w świecie wypełnionym bezsensowną przemocą. Taki obraz nie gloryfikuje wojny, nie wynosi na piedestał chwalebnych czynów żołnierzy, ale jednocześnie pokazuje, ile muszą mieć w sobie odwagi i siły, by sprostać wymaganiom stawianym przez wojnę.

Reżyser oparł swoją historię o opowieści swojego dziadka będącego żołnierzem w czasie I wojny światowej. Lecz historia, jak wiele innych z tego czasu, nie jest zagmatwana, bo nie o łamanie szyfrów tu chodzi, a dostarczenie wiadomości; nie o zagmatwaną intrygę polityczną rodem z Gry o tron, a o zwykłe przejście z punktu A do punktu B. Jeśli dwójce szeregowych żołnierzy, Schofieldowi i Blake’owi  nie uda się dotrzeć na czas, 1600 osób straci życie.

Sam Mendes, nie komplikując scenariusza mógł skupić się nie tylko na wizualnej stronie widowiska, ale przede wszystkim na wyeksponowaniu emocji. Na pokazaniu okrucieństwa wojny, choć wcale nie widocznego w wielkich bitwach, w których obserwujemy strzelających do siebie żołnierzy, bez większego ładu i składu. W filmie bezsens wojny i jej ofiary widać w okopach, na noszach, w pochylonych sylwetkach, rozrzuconych ciałach na ziemi niczyjej. Nie widzisz jej w strzelających do siebie armatach, widzisz je w przerażonych i bezsilnych oczach żołnierzy. Niekiedy zmotywowanych, niekiedy wkurzonych. Nie widzisz w rozbryzgach rozrywanych ciał, a w chwilach, gdy nie chcesz zabijać swojego wroga, ale przez okoliczności musisz to zrobić. Bo wojna to brak kontaktu z rodziną. Bo wojna to brud, syf, oderwane nogi, oderwane kawałki ciała, to postrzelone twarze, złamane ręce. Nie wiesz, jaki będzie Twój los, bo tak naprawdę największą rolę odgrywa… szczęście.

Wszystko to podkreśla scenografia pieczołowicie przygotowana przez zespół kierowany przez Dennisa Gassnera, zresztą nominowanego do Oscara. Scenografowie musieli przygotować setki metrów okopów, korytarzy, odtworzyć zrujnowane miasto. Żaden plener, żadna lokacja nie powtarza się, a widz obserwuje bohaterów niemal z jednego ujęcia. Wymagało to od operatorów, reżysera i Deakinsa perfekcyjnego przygotowania. Dokładnego określenia światła (choć przecież i tu byli uzależnieni od kaprysów pogody), trajektorii pracy kamery, dokładnego rozplanowania poszczególnych elementów znajdujących się na planie. Dzięki temu niemal bez przerwy podążamy za aktorami, stając się częścią spektaklu wypełnionego poczuciem misji, ale i okrucieństwem wojny. Zdjęcia Deakinsa to tylko potwierdzenie jego geniuszu. To, co widzimy w ciemnościach, łuny na niebie tworzące pomarańczowo-czerwony bajeczny obraz, sielskość pierwszych scen czy brudne korytarze, przechodzenie między zimnymi, szarymi a ciepłymi kolorami – dzięki temu filmowa rzeczywistość jest jeszcze bardziej plastyczna i realna, a wojna jeszcze bliżej nas.

Nie jest to film przegadany. Oczywiście towarzysze broni rozmawiają ze sobą, opowiadając historie z frontu, starając się nie myśleć o niebezpieczeństwie, jakie na nich czyha. Są to jednak dialogi oszczędne, bez dopisanej filozofii i złotych myśli wprost z notatnika Coehlo. W ten sposób mogłabym wyobrazić sobie rozmowę na froncie, na którym spotkali się mężczyźni o różnym wykształceniu, doświadczeniu i temperamencie. Dlatego też tak mocno wybrzmiewa muzyka skomponowana przez Thomasa Newmana. Dodaje niezbędnej dramaturgii, ale bez niepotrzebnego patosu dokręca śrubę w kulminacyjnych punktach. Jest jednocześnie oszczędna i nieprzytłaczająca. Wielokrotnie przeszywały mnie ciarki, więc i po seansie soundtrack z filmu zagościł na mojej playliście.

Główne role oddano mniej znanym aktorom, którzy na swoich barkach musieli udźwignąć dwugodzinny film, stając się jego centralnym punktem. Był to sprytny zabieg reżysera, tym bardziej, że w samym filmie pojawiają się głośne nazwiska. Lecz jak to często w życiu bywa Ci rozpoznawalni sterują życiem bezimiennych, niższych rangą żołnierzy, o których będzie pamiętać rodzina, nie historia. Symboliczny zabieg, ale ileż mówiący o naszym postrzeganiu rzeczywistości.

Ale też sam film stał się dużą szansą dla młodych aktorów, którzy doskonale wypełnili swoje zadanie. Widać ich ich zaangażowanie w odtwarzaną rolę, ale co równie istotne – nie brakuje między nimi chemii, tak potrzebnej przy tak obranym kierunku filmowania. Ja zachwyciłam się rolą George’a MacKaya, który zagrał Schofielda, ale i Chapman odkleił się wreszcie od niewielkich, ale i mocno niewdzięcznych (bo naiwnych) ról z Gry o tron. Na afiszu nie zabrakło jednak takich nazwisk jak Mark Strong, Colin Firth czy Benedict Cumberbatch. Każda z tych ról była epizodyczna, ale w 100% zagrana i zapamiętana przez widza.

„1917” otrzymało nominacje do Oscara w 10 kategoriach – zarówno za najlepszy film jak i reżyserię. Niemal każdy element składowy filmu został dostrzeżony przez jury i tylko zastanawiam się jak zostanie rozstrzygnięty werdykt.

Ja zdecydowanie polecam. Tym, którzy kino wojenne uwielbiają (jak niektórzy twierdzą najlepszy film od czasów Szeregowca Ryana), i tym, którzy za tego rodzaju produkcjami nie przepadają i kompletnie nie czują chemii z tego typu gatunkiem.

Wpis powstał w ramach tygodnia z tematem: Kurierzy i posłańcy