Kolorowo, kiczowwato, ale jakże cudnie, czyli Thor: Ragnarok – recenzja filmu

 Listopad 14, 2017

Nigdy nie przepadałam za superbohaterami. Co prawda miałam epizod wielkiej miłości do serialowego Supermana i do Herkulesa (jeśli można nazwać go superbohaterem), ale wraz z wiekiem miłość ta słabła i wręcz zanikła. Kiedy oglądałam pierwszych Avengersów, zwyczajnie… zasnęłam. I wciąż się głowiłam, czym zachwyca się świat. W międzyczasie widziałam pierwszego jak i drugiego Thora. Niespecjalnie jednak zgłębiałam się w marvelowski świat. Bo i po co? Faceci w rajtuzach z nadprzyrodzonymi mocami, którzy jak zwykle próbują ratować niewdzięcznych ludzi.

Obejrzałam jednak Deadpoola, który przynajmniej odrobinę odczarował kino superbohaterskie. Więc co mogłam zrobić innego po obejrzeniu zwiastuna filmu Thor: Ragnarok? Oczarował mnie ten kolorowy, kiczowaty świat z muzyką z lat 80. Jak w Stranger Things.

Thor. Wreszcie wydawał się nie tak sztywny, jakby kijek mu wsadzono… Wiadomo gdzie.

Choć nie powiem, obawy miałam ogromne. W końcu Deadpool aż tak świetny nie był. Choćby dlatego, że wiele najzabawniejszych scen zdradzono już w zwiastunie. Co prawda trailer Thora był śmieszny, ale jednocześnie doskonale uchwycił dzisiejszą miłość do lat 80-tych i rozwałkę znaną z marvelowskich filmów. Bałam się, bo jakoś tak w głębi duszy chciałam, aby wszystko wyszło, a sam film dostarczył mi doskonałej rozrywki na wieczór.

Termin mieliśmy całkiem niezły, bo wieczór Halloween. Nie celowaliśmy w horrory, bo jednak wolimy się dobrze bawić niż bać (szczególnie, że trudno trafić na dobry horror, w którym nie rozpruwa się flaków). Horrory, nie horrory, ale na sam dźwięk Ragnaroka też powinniśmy kulić ogon pod siebie. Bo gdy do żywych wraca demoniczna siostra, której mottem jest zabijać, podbijać i zabijać, to raczej wesoło nie będzie. Przynajmniej tak się wydaje. A twórcy popłynęli, odlecieli i zafundowali porządną dawkę rozrywki, która bawiła wszystkich do samego końca. Było zabawnie, było demonicznie, było superbohatersko, ale i tak… ludzko. Razem stworzyło to mieszankę godną szalonych, kiczowatych lat osiemdziesiątych porządnie skropionych świetną muzyką. I tak jak z Deadpoola wyszłam zadowolona, choć nie zachwycona, tak z Thora: Ragnarok wyszłam… ZACHWYCONA.

Piszę specjalnie wielkimi literami, bo jednak sam zachwyt to za mało. Oczywiście oceniając film warto wziąć pod uwagę fakt, że nadal jest to kino superbohaterskie, po którym wyjdziemy i wcale a wcale nie będziemy rozmyślać o sensie życia i upadku cywilizacji. Tu rzecz jasna wybitność filmu polega na jego uroku, wyjściu poza znane schematy wydeptane przez poprzednie części Thora.

Ragnarok

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie znam się na mitologii nordyckiej, więc gdy usłyszałam hasło ragnarok, idealnie skomponowało mi się z klimatem filmu. Nie wiedziałam, co ono znaczy i jakie konsekwencje niesie dla fabuły filmu. Ale brzmi fajnie, wygląda jeszcze lepiej, prawda? Podejrzewałam nawet, że być może twórcy nawet wymyślili sobie takie słowo – ot, dali się ponieść copywriterskiej fantazji. Wyszło, jak wyszło, ragnarok okazał się istnieć w słowniku, więc rzecz jasna i tytuł filmu nabrał sensu. Jak się okazuje ragnarok to wielka bitwa pomiędzy bogami a olbrzymami dowodzonymi przez Lokiego. W jej wyniku ogień ma strawić i Asgard, i siedzibę bogów, gwiazdy zgasną, a Ziemię zaleje wielkie morze. Brzmi jak apokalipsa i w końcowych scenach filmu, gdy Hela toczy kolejną bitwę tak też wygląda.

Jednak Ragnarok w wersji Marvelowskiej różni się od legend nordyckich. Nie ma tu ani narodzin dzieci Lokiego ani surowej zimy, w wyniku której zamarzłby cały Mitgard. Ludzie są raczej potulni jak baranki, żołnierze wierni Odynowi, a moralność jeszcze nie umiera. Jest za to straszna Hela, bogini śmierci,  która zresztą nie jest dzieckiem Lokiego, a Odyna. Każdy kto więc szuka tu mitologii nordyckiej musi się raczej przygotować na bardzo luźne odniesienia do dawnych wierzeń. Lecz to już najprawdopodobniej każdy fan superbohatera dawno przetrawił przy poprzednich częściach.

Czy szkodzi to filmowi? Tylko jeśli na produkcję wybierają się miłośnicy mitologii i których skusiło imię Thora w tytule. Większość osób zostanie pozytywnie zaskoczona  (są oczywiście i tacy, którzy ubolewają nad niskim poziomem filmu).

Thor vs Hulk

 Już po zwiastunie widać było, że spotkanie Hulka i Thora będzie tym, co tygryski lubią najbardziej. I tak rzeczywiście było, w szczególności gdy obaj stanęli na… Zdradzać nie będę, jednak jest to dosyć ciekawy wątek. I przy okazji odczarowali mi Hulka, którego bądź co bądź nie darzyłam zbyt wielką sympatią. O czym zresztą wspomina Thor. Znaczy nie o mojej sympatii, ale wiadomo o co się rozchodzi. Wydaje mi się, że postać Thora dużo na tym zyskała, a sam Chris Hemsworth wreszcie bawi się swoją rolą, dostarczając tym samym dobrą rozrywkę widzom. Nie wieje od niego nudą, patosem i innymi niezbyt udanymi tworami kina superbohaterskiego. Pomiędzy Thorem a Hulkiem jest chemia, są iskierki, a przede wszystkim fajna, przyjacielska relacja.

Zachwyciła mnie Cate Blanchett. Rewelacyjnie ucharakteryzowana, świetnie bawiąca się postacią. Doskonały czarny, mroczny charakter. I ten głos, w którym z miejsca mogłabym się zakochać. Nie wiem co prawda, czy przeszłabym na ciemną stronę mocy, ale dla takiej kobiety na pewno można konie kraść. Nie mogę zapomnieć o Jeffie Goldblumie, który zagrał Arcymistrza na śmieciowej planecie. Tam zresztą spotykają się Hulk i Thor. I nie tylko oni.

I teraz napiszę coś przez co piekła mogą mnie pochłonąć. Ale ja nie potrafię zachwycać się Lokim, znaczy Tomem. Na pewno nie w Thorze. Nie potrafiłam tego przy pierwszej części i tak też stało się i teraz. Brakowało mi w jego oczach diabołka młodszego brata, który niby chce być zły, a jednak gdzieś w głębi serca „kocha” (darzy odrobiną sympatii) swego braciszka. Podobny problem mam z Tessą Thompson grającą Walkirię. Jest zabawna, a i owszem, ale mało przekonująca.

Muzyka brzęczy i dźwięczy

 Thor: Ragnarok nie wzbudzałby najprawdopodobniej takich emocji, gdyby nie fenomenalna muzyka połączona ze świetnym montażem. A utwór przewodni kapeli Led Zeppelin wymiata i zamiata wszystko. Długo po wyjściu z kina brzęczy utwór w uszach, a obrazy same stają przed oczami. Flash, blaski, efekty specjalne, CGI – jest kolorowo, kiczowato, ale złożone z wyczuciem i sentymentem do lat osiemdziesiątych. I tak jak w Stranger Things jest mrocznie, tak w Thorze muzyka wręcz wyrywa z fotela. Chcesz przyłączyć się do bandy i razem z nimi stoczyć bitwę ze złą siostrą. Mark Mothersbaugh odpowiedzialny za muzykę doskonale wyczuł klimat, a reżyser Taiki Waititi znany ze swych oryginalnych i specyficznych filmów świetnie się odnalazł w świecie Thora.

Jestem na tak, bo jak się okazuje klimat lat osiemdziesiątych cały czas trzyma mnie w swoich szponach. I o dziwo, jest mi w tych szponach bardzo dobrze.

 

 

 

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter


Tytuł: Thor: Ragnarok

Data premiery: 2017-10-25
Ocena: 8 /10