Oswajanie nieoswojonego, czyli recenzja filmu „Tajemnica Brokeback Mountain”

 Lipiec 11, 2017

Co czujecie, gdy widzicie dwóch całujących się mężczyzn?

Ile osób odwróci wtedy wzrok?

Ile osób przejdzie obok takiej pary i rzuci przezwiskami?


0

No właśnie. Być może Ty akceptujesz ten fakt, ale większość społeczeństwa ma z tym problem. Ja być może przeszłabym obojętnie, a może odwróciłabym wzrok. Nie wiem, bo jeszcze nie spotkałam homoseksualnej pary na żywo. Mój jedyny kontakt ogranicza się do oglądania filmów, seriali czy czytania książek.

I tu pojawia się pierwszy problem, gdyż w kinowym czy telewizyjnym mainstreamie spotykamy niewiele produkcji dotykających innej orientacji seksualnej. Innej niż heteroseksualna, z którą jesteśmy oswojeni. Gdy oglądamy sceny seksu pomiędzy kobietą a mężczyzną nie czujemy się zażenowani, bo reżyserzy przez lata przyzwyczajali nas do tych obrazków.

I bach, włączam ostatnio serial poświęcony homoseksualistom, doznaję szoku. Szoku, gdyż czuję się nieswojo. Paradoks polega na tym, że takie obrazki wcale mi nie przeszkadzają, ale jednocześnie wywołują uczucie dyskomfortu. Zastanawiałam się dlaczego.

Czy jak większość społeczeństwa jestem przeciwna związkom homoseksualnym?

Zdecydowanie nie.

Czy napawa mnie to obrzydzeniem, jak to niektórzy lubią podkreślać?

Zdecydowanie nie.

A odpowiedź jest banalna. Czy seks i pocałunki homoseksualistów pojawiają się tak często, bym mogła oswoić się z takim obrazem? Nie.

Pewnie, że jest cała gama filmów i seriali, które przedstawiają homoseksualistów. Tyle że najczęściej wcale nie przebijają się one do głównego nurtu filmowego. Tam, owszem stykamy się z osobami o odmiennej orientacji, ale najczęściej ukazywanych stereotypowo, szablonowo, nierzadko karykaturalnie.

Jak więc być tolerancyjnym wobec tego, czego nie znamy? Jak akceptować drugiego człowieka, gdy przedstawia się go przez pryzmat krzywdzących stereotypów?

Gdy więc po latach włączyłam ponownie film „Tajemnica Brokeback Mountain” nie oczekiwałam fajerwerków i motyli w brzuchu. Niewiele pamiętałam z produkcji, więc na wieść, że gra tam Anne Hathaway otworzyłam buzię ze zdziwienia. Ponoć zagrała tam dość istotną, choć drugoplanową rolę, a ja nie w ogóle nie kojarzę tego faktu?! Przyznam się Wam po cichu, że obleciał mnie nawet strach. Serial okazał się dla mnie mocnym zderzeniem z kolekcjonowanymi przez lata wyobrażeniami. A przecież „Tajemnica Brokeback Mountain” to film oscarowy, tytuł, który wreszcie przełamał pewne powielane schematy.

Bo wreszcie nie stykamy się z gejem chorym na AIDS.
Ani gejem, który jest zniewieściały.

Oglądamy dwóch „prawdziwych” mężczyzn. Kowbojów. Którzy walną sobie po mordzie, pojeżdżą na rodeo czy przetrwają wielką burzę w górach. Mężczyzn, których najpierw połączyła szorstka przyjaźń. To, co jednak najbardziej jest uderzające w filmie, to jego uniwersalność. I „miękkość”, doskonale dobrana dla widza, który z taką tematyką styka się pierwszy raz. Akcja rozwija się powoli, skupiając się na uczuciach bohaterów; bardziej na zamkniętym w sobie Ennisie niż otwartym Jake’u. Reżyser, Ang Lee, świetnie kieruje historią, dając nam punkt zaczepienia i pozwalając zaprzyjaźnić się z mężczyznami. Rzucając nam kotwicę, dzięki której „Tajemnica Brokeback Mountain” staje się filmem nie tyle o homoseksualistach, a o miłości, która nie może się uwolnić i złapać wiatru w żagle.

Gdy Ennis Del Mar wyrusza w góry pilnować owiec, nie wie jeszcze, że to właśnie tam pozna swoje prawdziwe ja. Że zakocha się i kochać będzie przez całe swoje życie. Nie wie jeszcze, że Jack, jego towarzysz w górskiej pracy, pomoże mu odkryć to, co być może przez lata Ennis starał się w sobie stłamsić.

Żaden z nich nie wie, że ich miłość pozostanie w górach, przy Brokeback Mountain. Że nigdy nie zamieszkają razem i nie powiedzą światu, jak bardzo się kochają. Że każdy z nich ucieknie w znane i akceptowane przez społeczeństwo życie, wpadając w pułapkę, a może nawet pewnego rodzaju więzienie. Ang Lee skupił swoją uwagę na Ennisie, gdyż to właśnie on, choć zamknięty w sobie, obdarzył Jacka tak wielką miłością, że spotykając go po latach, nie potrafi wrócić do „normalnego” życia z żoną i córeczkami. Jack, w przeciwieństwie do swego partnera, był gotów zamieszkać z Ennisem, założyć z nim ranczo i wieść prawdziwe życie, w którym miłość może wreszcie rozkwitnąć.

Siłą filmu jest jego naturalność. I lekkość, z jaką opowiada tę trudną historię. Wydawałoby się, że historię miłosną, jakich wiele. Jednak sposób, choć momentami zbyt monotonny, nie przyciska widza do ringu i nie krzyczy wprost do ucha:
– Patrz! Tak to wygląda! Nie odwracaj wzroku.

Ang Lee oswaja. Wprowadza. I pokazuje jedną ważną rzecz. Że miłość dwóch mężczyzn jest taka sama jak osób heteroseksualnych. Nie jest przekrzywiona, zakrzykwiona, karykaturalna. Nie jest zniewieściała, pozbawiona „męskości”, którą to przeciwnicy szczycą się na każdym kroku. Nie jest wypełniona nocnymi orgiami i przerysowanymi imprezami w klubach. Może być za to silna, wieczna, kolczasta, ale i raniącą serducho. Bo Jack wcale nie jest wiernym partnerem, choć to właśnie Ennis wydaje się być jego wielką miłością. Jest taka, jaką być może każdy chciałby poczuć ze swoim partnerem. Zerwanie kajdan, oderwanie pewnej łatki nie jest wcale takie łatwe dziś, a co było 40 lat temu?

Film wygrywa piękną muzyką. Utwór przewodni zniewala, wywołuje dreszcze i mógłby stanowić tło niejednej randki. Bo choć nostalgiczny, to jednak wypełniony nadzieją na inne, lepsze jutro. I oczywiście aktorzy, którzy mieli niełatwe zadanie. Jake Gyllenhaal i Heath Ledger stworzyli przekonujący duet, w którym kipi od męskości, namiętności i miłości. Czuć chemię i prawdziwość. Dajemy się porwać historii, choć przecież niekoniecznie musimy znajdować się w takim związku. Heath Ledger wykreował Ennisa w taki sposób, że jeszcze dziś mam ciary. Stworzył gburka, który nie radzi sobie z agresją i próbuje być „prawdziwym” kowbojem. Ale który jak kocha, to na całe życie całym sobą.

I choć nie jest to film doskonały przez niepotrzebne dłużyzny (szczególnie na początku) ani może przez otwarte zakończenie, ani brak elementu, który bardziej poruszyłby moje serce, ani przewidywalność, która jednak bądź co bądź w filmie występuje, to ja mówię DUŻE TAK.

Polecam przede wszystkim NIEOSWOJONYM. A że oswojeni go obejrzą (lub obejrzeli) to nie mam żadnych wątpliwości.

Ode mnie bardzo mocna siódemka! Powrót okazał się zaskakująco udany.

 

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter


Tytuł: Tajemnica Brokeback Mountain

Data premiery: 2005-09-02
Ocena: 7 /10
Wpis powstał w ramach tygodnia z tematem: LGBT: Man loves manheart rainbow of colors on a white wooden background