„Taniec miłości” Arthura Schnitzlera to taniec hipokryzji

 Marzec 18, 2017

Wydaje się, że Arthur Schnitzler to pisarz i dramaturg nieco zapomniany, choć w czasach jego świetności wystawiano wiele jego sztuk, także w Polsce. A to właśnie on wprowadził do literatury niemieckiej monolog wewnętrzny, to on portretował swoją epokę, skupiając się na przywarach społeczeństwa, był uważany za jednego z najważniejszych krytyków swego czasu.

Dlaczego więc Arthur Schnitzler nie jest teraz czytany i wielbiony przez tłumy?

 Wczoraj udało mi się przeczytać jeden z jego dramatów: „Taniec miłości”. Szybka runda z ebookiem, który możecie znaleźć na portalu wolnelektury. Wydawało się, że będzie to interesujące starcie z pisarzem tworzącym na przełomie XIX i XX wieku. A jednak starcie przegrał Schnitzler. W sumie ja też, bo jedynie straciłam czas na lekturę, której wcale, a wcale, nie musiałam poznać.

„Taniec miłości” kpi z hipokryzji

 Niby wszystko wygląda pięknie. Poznajemy wiele osób, każda z innej warstwy społecznej bądź zbliżonej, lecz reprezentującej inny stan cywilny. Pomysł wydaje się też całkiem zacny – otóż w każdej części występuje tylko para postaci. Co więcej, jedna osoba z pary „przechodzi” do kolejnego aktu. I tak wędrujemy od jednego człeka do drugiego, podglądając w intymnych sytuacjach.

Jedno mówią, drugie robią.

Przykładowo, mamy męża, który to oczekuje od swej młodej żony bezwzględnej uczciwości. Sam dając od siebie niezbyt wiele, przekonując, że w małżeństwie wcale nie jest potrzebna namiętność. A przynajmniej nie jest potrzebna zbyt często. Ot, w ciągu trwania 5-letniego związku, wystarczy odbyć stosunek trzydzieści razy.

Policzmy.

 5 lat razy 12 miesięcy = 60 miesięcy

60 miesięcy / 30 = 2 razy

2 razy w ciągu miesiąca dla młodego małżeństwa i… młodej kobiety wydaje się trochę mało, prawda? Ok, niektórzy nie potrzebują w swoim związku seksu, by być szczęśliwym, ale….

Schnitzler udowadnia, że matematyka i biologia nie kłamią.

Więc młoda mężatka spotyka się z paniczem (który wcześniej podbija do pokojówki). A mąż podrywa „słodką” 19-letnią dziewczynę (a przecież wystarczy tylko dwa razy! Po co więcej przyjemności?)

Ale o dziwo, choć może to jedynie moje przewidzenia, to właśnie kobiety prezentują się lepiej w dramacie. To one są bardziej świadome swoich potrzeb i wolałyby budować szczere relacje niż związki pełne konwenansów i zakłamania, które wprowadzili mężczyźni. Po co? By dawać na prawo i lewo?

Pomysł na dramat brzmi nieźle, prawda?

Prawda. Lecz na tym się kończy. Bo dziś dramat stracił na aktualności, dialogi wydają się nienaturalne, wręcz napompowane sztucznością i tylko czekają aż ktoś podejdzie z igłą i przebije ten balon nieszczerości. Postaci bardzo płaskie, bezpłciowe, niczym nie różniące się od siebie. Oprócz zasobności portfela i stanu cywilnego. I może profesji, bo i ona ostatecznie ma znaczenie. Więc w każdej scenie przerabiamy to samo: ona się kryguje, on się do niej dobiera. Ona niby nie chce, lecz tak naprawdę bardzo chce. Ostatecznie lądują w łóżku, choć my nie do końca wiemy, czy w tym łóżku coś się wydarzyło. Wciąż wyznają sobie miłość, choć znają się ledwie kilka godzin/dni.

Albo więc jako ludzie dorośliśmy, albo autor poszedł na łatwiznę. Ot co.

„Taniec miłości” nie porwało namiętnością, nie zabrało do literackiego tańca. Za to wynudziło i  udowodniło, że my, dzisiejsi czytelnicy chcemy zdecydowanie więcej!

 Książkę / dramat „Taniec miłości” możecie ściągnąć za darmo z serwisu wolnelektury.pl

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter


Tytuł: Taniec miłości

Data premiery: 01/01/1921
Ocena: 3 /10
Wpis powstał w ramach tygodnia z tematem: Miłość nie tylko w WalentynkiMilosc-nie-tylko-w-Walentynki-blog