Dlaczego film „Powidoki” nie jest dobry, a mógł taki być?

 Luty 5, 2017

Po lekturze biografii Katarzyny Kobro nie mogłam się doczekać filmu nakręconego przez Andrzeja Wajdę. Marzyło mi się zobaczyć na ekranie dwójkę uzależnionych od siebie bohaterów, wielkich artystów, sponiewieranych przez wojnę i system, których miłość zamieniła się w walkę i nienawiść. Marzyło mi się, by Kobro otrzymała wreszcie należyte miejsce, by w końcu ktoś pokazał jej osobę szerszej publiczności. Nie chciałam, by Wajda odejmował coś z wielkości Strzemińskiego, ale mówiąc o jego osobie, nie powinno zapominać się o jego żonie. Tak się niestety nie stało, sama Kobro pojawiła się w filmie jako… trup. Pomimo to „Powidoki” obejrzeć powinniśmy, bo nadal jest to film o jednym z wizjonerów sztuki nowoczesnej. Nadal też jest to walka z systemem, który potrafił zabić w Polakach kreatywność, przynajmniej oficjalnie.


0

„Powidoki” mogły być filmem świetnym. Mogły, ale stało się wręcz przeciwnie. I tak jak „Sztuka kochania” oczarowała widza, tak „Powidoki” pozostawiły głębokie poczucie niedosytu. I przekłamania.

Dlatego przedstawiam Wam 5 powodów, dla których „Powidoki” wcale nie są dobrym filmem.

BEZNADZIEJA, KTÓREJ NIE BYŁO

Linda, w jednym z zagranicznych wywiadów, używał dosadnych słów, opowiadając o ostatnim filmie Wajdy. Pomijając stosowność takiej wypowiedzi, po seansie „Powidoków” jego słowa nabierają większej mocy. Dlaczego? Bo ma rację! Niestety. Andrzej Wajda chciał z pewnością pokazać beznadzieję systemu, w jakim utknął Strzemiński. Chciał, lecz tej beznadziei (pomimo odpowiedniej kolorystyki, ponurego miasta Łodzi, odpowiedniego kręcenia) nie widać. Nie czuć. Niby zdajemy sobie sprawę z absurdów władz i partii. Niby widzimy, do czego prowadziła obrana przez nich droga. Niby współczujemy Strzemińskiemu, a jednak zabrakło tego ostatniego tchnienia w scenariusz, który byłby żywy i doszczętnie miażdżył nasze uczucia. Film wyszedł poprawnie, a przecież mógł zmieszać nas widzów z błotem. Mógł doprowadzić do wściekłości, jak choćby „Spotlight”, który także skupił się na ukazaniu pewnego zamkniętego systemu, prowadzącego do patologii.

Jak widać, nie wystarczy tylko przyjechać do Łodzi, by oddać beznadzieję tamtego okresu.

WYRWANE Z KONTEKSTU

Tak to właśnie jest, gdy bierzemy jeden ledwie wycinek historii, a otrzymujemy obraz zupełnie inny niż był w rzeczywistości. Nim skupimy się na samym Strzemińskim, chciałabym przywołać dwa zdjęcia, które prezentowane bez kontekstu fałszują rzeczywistość. Pierwsze z nich zostało wykonane przez Eddie’go Adamsa w 1968 roku w czasie wojny w Wietnamie. Zdjęcie idealnie wpasowało się w antywojenne nastroje panujące w Ameryce, szybko więc opinia publiczna osądziła Generała Nguyen Ngoc Loan dokonującego egzekucji na cywilu. Tak przedstawiona scena – oburza, jeszcze bardziej, gdy widzimy nieuzbrojonego człowieka, któremu przykłada się lufę do głowy.

A jednak to tylko część prawdy. Faktycznie cywil został zastrzelony, a jednak w rzeczywistości taki bezbronny nie był. Chwilę wcześniej wraz z bojówką Narodowa Milicja dokonał masakry w domach funkcjonariuszy, zabijając ich rodziny, w tym dzieci i osoby starsze (gdyż oni sami przebywali na służbie). Policjanci ruszyli w pościg, a samych zbrodniarzy złapali w pobliżu rowu, masowym grobie, wypełnionym ciałami… Generał, nie zwracając uwagi na nic, strzelił do jednego z bandziorów, szefów owej bojówki…

Inne zdjęcie, już mniej dramatyczne, za to nam bliższe, przedstawia grupę dzieci, patrzącą w smartfony. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że grupa nastolatków przebywa właśnie w muzeum. A jak wiadomo, uwielbiamy psioczyć na to, że ta dzisiejsza młodzież, to taka zepsuta i świata nie widzi poza swoimi telefonami… No tak, znów dobry kadr i podatny grunt. Historia sama się stworzyła, wszak sensacji nigdy dość. Lecz i tu okazało się, że tak, dzieci siedziały z nosami w telefonie. I tak, były w muzeum. Ale chwilę wcześniej dostały zadanie, by odszukać informacje o obejrzanym dziele Rembrandta w aplikacji przygotowanej przez samo muzeum!

Steve Cobby

A co to wszystko ma wspólnego ze Strzemińskim? Bo w filmie oglądamy artystę w jego ostatnich latach, gdy Katarzyna Kobro była chora, a on sam po wielkich bojach odseparował się od byłej żony. Nie wiemy więc, że Strzemiński po urodzeniu córki nie wiele się nią interesował, nie wiemy też, jak bił Katarzynę Kobro swoimi szczudłami, nie wiemy jak ją wyzywał i poniżał. Nie wiemy również jak wytoczył proces Katarzynie Kobro i oskarżał ją o wynaradawianie córki. Nie wiemy także, że Kobro miała ogromny wpływ na samego Strzemińskiego, a i on nie dałby sobie wielokrotnie rady bez pomocy swojej zony.

Widzimy już schyłek jego życia. Oglądamy go jako doskonałego pedagoga, twórcę. Oglądamy jego walkę z systemem, walkę o przetrwanie. Widzimy zawziętą obronę swoich poglądów. I tak Strzemiński z dręczyciela staje się bohaterem. Jego historia wyrwana z kontekstu staje się przykładem tego, jak komunizm zniszczył życie wielkiego człowieka. Dostajemy laurkę, bo przecież nie każdy widz będzie konfrontował filmowe fakty z rzeczywistością.

STUDENCI GO KOCHAJĄ, A JEDNAK COŚ NIE GRA…

Oglądając film, widzimy jak Strzemiński fascynuje studentów. Jak oni go słuchają, jakim jest dla nich autorytetem.

Widzimy, a jednak nie czujemy. I taki mi się nasunął wniosek, że co jak co – ale to chyba Amerykanie opanowali pewną sztukę do perfekcji. W pokazywaniu swojego patriotyzmu i opowiadaniu o ludziach z pasją, także nauczycielach. Nawet, jeśli film, który stworzą, jest pełen schematów i banałów, trudno nie uwierzyć, że właśnie ten nauczyciel potrafił porwać nawet najbardziej zatwardziałych uczniów.

A tu? Tu niby studenci kradną maszynę do pisania, niby organizują wystawę zgodnie z zaleceniami Strzemińskiego, pomimo że ten został wyrzucony ze szkoły. Niby jedna ze studentek darzy go uczuciem, a mimo to po filmie nie byłabym w stanie stwierdzić, czym Strzemiński uwodził młodych ludzi. Na pewno nie tylko wiedzą. Buntem z pewnością. Ale jest to tak mało widoczne, tak mało porywające, że w tym przypadku musimy uwierzyć na słowo. Bo tak napisali w scenariuszu…

 KULEJĄCE DIALOGI

Porywająca więź studentów z wykładowcą powinna obfitować w fantastyczne dialogi, które w tym przypadku powinny podwójnie zyskać na sile. Rozmowy ojca z córką powinny chwytać za serce bądź wręcz przeciwnie: bulwersować swoją oziębłością. A tak otrzymaliśmy sztywne formułki wygłaszane przez jednych i drugich. Wypowiadanym kwestiom zabrakło lekkości i naturalności, bo o emocjach nie chcę już nawet wspominać. Gdyby jednak spełnione były dwa pierwsze punkty, z pewnością i aktorzy mieliby większe szanse na zaprezentowanie swoich umiejętności.

Gdy Nika, córka artystów, opowiada o matce i przywołuje pewne przygnębiające wspomnienia, to są one zupełnie niezrozumiałe dla człowieka, który nigdy o historii Strzemińskich nie słyszał. Nie mówiąc już o tym, że są one tak nienaturalne, że nawet Bronisława Zamachowska, nie miała zbyt wiele do grania.

 KULEJĄCY AKTORZY

I dochodzimy do punktu ostatniego, choć w tym przypadku niekoniecznie najważniejszego. Dlaczego? Bo trudno grać, gdy materiału brak. A tu ewidentnie zabrakło dobrego scenariusza, na którym mogliby bazować aktorzy. Linda robi co może, ale przez wspomniane wyżej braki, trudno w pełni zaangażować się w jego postać. Tym bardziej, że chwilę potem „Sztuka kochania” udowadnia, że walkę z systemem można opowiedzieć tak, by poruszyć widza, który z tym okresem nie miał w ogóle do czynienia.

Nic dziwnego, że Powidoki nie otrzymały nominacji do Oscara – jest to film zbyt mocno osadzony w polskich realiach i z pewnością trudny do zrozumienia dla zagranicznego odbiorcy. A przecież „Ostatnia rodzina” udowodniła, że da się opowiedzieć uniwersalną historię, wcale nie wyzbywając się polskości.

Aby jednak być sprawiedliwą, muszę na sam koniec dodać, że końcówka filmu (i nie tylko ostatnia scena!) jest najbardziej poruszająca. Gdyby „Powidoki” były nakręcone tak w całości, oglądalibyśmy zupełnie inną produkcję. Być może nawet zasługującą na nominację do Oscara. I być może, gdyby ubrać historię Strzemińskiego w dobry scenariusz, nie byłaby potrzebna Kobro. Choć Strzemiński bez Kobro, to już nie ten sam artysta.

A tak musimy zmierzyć się z poprawnym film. I jak na złość ostatnim Andrzeja Wajdy.

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter


Tytuł: Powidoki

Data premiery: 10.09.2016
Ocena: 4 /10
Wpis powstał w ramach tygodnia z tematem: Zmagania artystówzmagania-artystow-cover-www