„Szpieg” – niebondowski film o agentach. Recenzja filmu.

 Listopad 10, 2016

Gdy myślimy o szpiegach i tajnych agentach, a szczególnie agentach Wielkiej Brytanii, pierwsze co przychodzi do głowy to James Bond i filmy, w których to akcja gna do przodu, nie brakuje pięknych kobiet, gadżetów czy pościgów. I gdy niektórzy wybrali się kilka lat temu do kina na film „Szpieg” mogli poczuć lekkie rozczarowanie. Bo jak to, akcja może rozwijać się tak ślamazarnie?

Więc gdy usiadłam przed telewizorem z gorącym kubkiem kawy, nie spodziewałam się, że film porwie mnie aż w takim stopniu. Bez zbędnych efektów specjalnych, bez śmiercionośnych gadżetów, a przede wszystkim bez strzelanin, pościgów, tej całej bondowskiej otoczki. Było za to mozolne odkrywanie prawdy i to na dodatek odkrywanie wroga znajdującego się w samym środku, a raczej szczycie Cyrku, czyli siedziby brytyjskich tajnych służb, MI6.

Jak z „Miasteczka Twin Peaks”

Pierwsze sceny, jak zresztą cały film, wydają się niepozorne. To jednak właśnie one uwiodły mnie najbardziej, wprowadzając w niedostępny świat agentów. Nie tyle samą akcją, co muzyką i powolnym podążaniem kamery za George’m Smiley. Idziemy za nim krok w krok, oglądając się na ulicy, sprawdzając czy nikt nie otworzył drzwi wejściowych (papierek wetknięty w szczelinę), przeglądając pocztę. Ostatnio mam sentyment do muzyki przypominającej tę z „Miasteczka Twin Peaks” – każda melodia, która potrafi w ten sposób podkreślić tajemniczą atmosferę filmu, sprawia, że dostaję dreszczy. Od razu. Alberto Iglesias wywiązał się ze swego zadania znakomicie, a otwierający film utwór, doskonale nakreślił to, z czym zetkniemy się za chwilę. I w jakich czasach obecnie przebywamy. Także te pierwsze sceny dokładnie nakreślają, z jakim filmem będziemy mieć do czynienia. Nawet jeśli na samym początku zostaje zabity agent, dzieje się w to sposób zupełnie inny niż w znanych hollywoodzkich produkcjach. Ta nieśpieszna atmosfera to jednak ogromna zaleta, bowiem widz ma wreszcie możliwość przyjrzenia się detalom, szczegółom utkanym przez twórców, wsłuchać w dialogi, które są tu niezwykle ważne.

Od zawsze angielscy dżentelmeni

Znów odwołam się do „Miasteczka Twin Peaks”, gdyż „Szpieg” przypomina je nie tylko poprzez muzykę. Podobnie jak w serialu Davida Lyncha, tak i tu najważniejszą rolę odgrywają ludzie. Ich zachowania. Drobne zmiany, niewielkie szczegóły w ich postępowaniu. Ich tajemnice. W „Szpiegu” wiodącą rolę otrzymał Gary Oldman, który wcielił się w George’a Smiley. To jego postać, angielskiego dżentelmena, tyle że zmęczonego swoim życiem, wrzuconego w samotność, pozbawionego laurów za swoją wzorową służbę, stanowi punkt centralny filmu. Smiley, pomimo przebywania na emeryturze, otrzymuje niezwykle ważne zadanie. Musi znaleźć kreta, człowieka z Cyrku, który sprzedaje informacje Sowietom. Do pomocy wybiera agenta Petera Guillama (Benedict Cumberbatch). Razem przedzierają się przez stosy dokumentów, rozmawiają z osobami, które mogłyby udzielić im istotnych informacji, odtwarzają dokładnie co poniektóre wydarzenia, naginają przepisy, by uzyskać niezbędne dane. Żmudna to i długa praca, w której nie mają do dyspozycji niewielkich zestawów podsłuchowych, smartfonów czy bondowskich gadżetów. Tak naprawdę muszą liczyć jedynie na swoją intuicję i siłę swojego intelektu. Niczym najsłynniejszy detektyw świata – Sherlock Holmes. Jak więc odnaleźć kreta? Chłodną (!) analizą i cierpliwością w gromadzeniu dowodów. I to otrzymujemy. Chłodne kadry, skupiające się na twarzach postaci, ich gestach, na otoczeniu. Sam widz, choć oczywiście w ograniczony sposób, uczestniczy w całym śledztwie, mając możliwość samodzielnego typowania zdrajcy.

To nie kolejny pościg posuwa nas do przodu, a odpowiednie wychwycenie niuansów, które możemy dojrzeć w rozgrywających się scenach. Dla jednych wspaniała filmowa uczta, dla innych nużąca opowieść o starzejącym się agencie.

„Szpieg” to przede wszystkim ludzie

Skoro więc akcji nie ma tu zbyt wiele (akcji znanej filmów sensacyjnych), a reżyser postanowił skupić się na samych agentach, to bez świetnych aktorów, którzy udźwignęliby rolę, film z pewnością zginąłby pośród wielu innych, nieudanych tytułów. Zacznijmy więc od Oldmana, który rewelacyjnie odegrał postać umęczonego życiem byłego agenta, ale nadal trzymającego klasę. Jak przystało na angielskiego dżentelmena. Jego mimika, jak i sposób mówienia, gestykulowania tworzą spójną całość. W pewnym momencie myślimy sobie, że kto jak to, ale to właśnie on powinien stać na czele Cyrku. Tym bardziej, że nie można mu zarzucić nieuczciwości, niemoralnego postępowania czy wreszcie braku doświadczenia. Towarzyszy mu dwóch agentów: wspomniany wcześniej Peter zagrany przez Cumberbatcha oraz Ricki, w którego wcielił się Tom Hardy. I tak jak drugi radzi sobie całkiem nieźle, tak rola pierwszego wypada nieco blado. Nadal dobrze, ale jednak zabrakło tej iskry znanej z innych granych postaci. I oczywiście Colin Firth – jak dla mnie zawsze wspaniały. Zupełnie inny niż w przypadku komedii „Kingsman: Tajne służby”.

W tym męskim świecie zabrakło miejsca na wyraziste kobiety. Tu rządzą mężczyźni, to oni rozdają karty, to oni planują rozgrywkę na szachownicy. Brudny świat, w którym nawet służba w MI6 nie zobowiązuje do zachowania lojalności. A może właśnie dlatego.

Film godny polecenia. Rewelacyjny, ale nie do konsumowania w pośpiechu. To zdecydowanie nie fast, a slow movie.

 

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter


Tytuł: Szpieg

Data premiery: 2011-09-16
Ocena: 9 /10


  • http://mozaika-literacka.blogspot.com/ Miłka Kołakowska

    Świat agentów intryguje i niewątpliwie chciałabym „Szpiega” zobaczyć. Dobrze, że wspominasz o właściwym podejściu do tego filmu, będę o tym pamiętać. Pozdrawiam! 🙂

    • http://okonakulture.pl/ Paulina M.

      Polecam jako alternatywę do bondowskich pościgów 🙂
      Również pozdrawiam!