Beksińscy. Portret podwójny – recenzja książki Magdaleny Grzebałkowskiej

  6 listopada, 2016

Beksiński Z. Malarz. Artysta. Człowiek, który nie umie odmawiać. Mocno trzymający się swoich postanowień. Zostaje zabity.

Beksiński T. Prezenter radiowy. Z bujną wyobraźnią. Zafascynowany wampiryzmem. Wciąż popadający w depresję. Popełnia samobójstwo.

Beksińska Z. Kobieta o wielkim sercu. Pozostająca w cieniu męża. Kochająca syna ponad życie. Wspierająca Z. wszędzie i o każdej porze. Umiera.

Biografia Beksińskich mogła zacząć się tak. Skupiając się na sensacyjnych elementach ich życia. Wyłuskując tylko ciemne strony ich życia. Dzięki Bogu stało się inaczej.


0

Zdzisław, Tomasz, Zofia. Trzy osoby. Trzy różne. A jednak łączy ich jedno. Są rodziną. I wcale nie tak daleką od siebie, jak mogłoby się wydawać.

„Beksiński. Portret podwójny” to teoretycznie opowieść o dwóch wielkich osobowościach, które tworzyły w czasach PRL-u, weszły równie intensywnie w lata 90 i zapisały się na kartach historii sztuki i muzyki. To jednak nie tylko portret dwóch mężczyzn, ojca i syna, ale i portret kobiety, która będąc wciąż w ich cieniu, cały czas przy nich trwała. To portret rodziny, wyjątkowej, specyficznej, o dziwnych nawykach. Nietypowego małżeństwa, które darzyło się wielką miłością, a jednocześnie nie okazywało tego w sposób, jaki znamy z hollywoodzkich filmów. To również portret rodziców, wychowujących w specyficzny sposób swego jedynego syna. Portret ojca, który brzydzi się niemowlętami, a jednocześnie kocha swą latorośl. Choć jak głosi hasło na okładce, Zdzisław nigdy nie przytulił syna.

Magdalena Grzebałkowska miała proste, jak i bardzo trudne zadanie. Napisała biografię dwóch niezwykłych osób, które w wyraźny sposób odcisnęły swoją obecność w polskiej kulturze. Miała do dyspozycji listy, dzienniki foniczne, elektroniczne, papierowe, a także nagrania video. Mnóstwo obrazów, rozmowy z przyjaciółmi, którzy jeszcze mieli szansę dożyć naszych czasów. Ilości dostępnych materiałów mógłby pozazdrościć jej niejeden biograf.

Oznacza to jednak przedzieranie się przez tysiące stron, zdjęć, notatek. Dziesiątki wywiadów. A z tego wszystkiego pozostaje ułożenie wiarygodnego portretu ludzi z krwi i kości. Być może obdarcie ich z pewnych cech, które widz/czytelnik/fan już sobie nałożył na ich obraz. Wyłuskanie tego, co najważniejsze. Bo przecież jak łatwo ulec pokusie, by zaprezentować wiele informacji, mniej lub bardziej istotnych, ale dla samego biografa równie ciekawych? Mogła również wybrać tylko te fragmenty, które potwierdziłyby tylko tezę, że Beksińscy to rodzina, nad którą wisiało fatum, a być może, że w tym wszystkim winny jest malarz i jego sztuka.

Beksińscy: zwykli-niezwykli

Magdalena Grzebałkowska stworzyła portret, który wręcz zaprzecza „rewelacjom” dziennikarskim, które mogliśmy czytać zaraz po śmierci Tomasza Beksińskiego. Uniknęła taniej sensacji, która sprzedałaby się pewnie jeszcze lepiej. Poszła za to w kierunku, w którym rodzina Beksińskich przedstawia się jako… rodzina zwykła-niezwykła. Pisałam to zresztą przy okazji recenzji filmu „Ostatnia rodzina”. Choć są to dwa twory zupełnie niezależne, a ponoć scenarzysta Robert Bolesto nie czytał biografii Grzebałkowskiej, to jednak tworzą razem spójny obraz. Zarówno w filmie jak i książce, Beksińscy to nie postacie wyjęte z mrocznego zamczyska, mieszkające w piwnicy, w ciemnych tunelach pełnych pajęczyn. To rodzina, która stała się niezwykła przez wzgląd na malarstwo Zdzisława, pozostając wciąż bardzo zwykłą i normalną ze swoimi problemami, bolączkami, nieporozumieniami.

Pisarka daje nam możliwość spojrzenia na świat Beksińskich przez szkiełko, w którym widzimy po prostu rodzinę. W której brakuje pieniędzy, w której jedno zaczyna rozwijać swoją pasję, w której w końcu pojawia się dziecko. I tak jak w przypadku Strzemińskich, gdzie zetknęły się dwie silne osobowości, tak w przypadku Beksińskich, Zdzisław miał szczęście, że trafił na swoją bardzo (nie) zwykłą Zosię. To dzięki niej, nie musiał myśleć o posprzątanym domu, o gotowaniu, o wypraniu swoich rzeczy. Był tylko on, płyty pilśniowe, farby, aparaty fotograficzne czy wreszcie komputery. To dzięki niej, mógł pozbywać się gości, to dzięki niej mógł podjąć wiele decyzji czy odmówić tym, którzy go namawiali do wielu dziwnych czy później hojnych czynów. Tak naprawdę Zofia była wciąż w tle, dogadzając dwóm najważniejszym osobom w swoim życiu, poświęcając się im bezgranicznie, odmawiając sobie kupna biżuterii czy drogich ubrań. A jednak w tym szczęśliwym życiu, na które przecież się godziła, pojawia się rysa. Zofia, która tak dzielnie znosi kaprysy syna, dziwne przyzwyczajenia męża, przyznaje się w liście do Marii Turlejskiej, że bierze psychotropy.

Po premierze filmu „Ostatnia rodzina” pojawiły się głosy, że Dawid Ogrodnik przeszarżował w tworzeniu kreacji Tomasza Beksińskiego, a scenarzysta ze scenami, które ukazywały dziennikarza w mało korzystnym świetle. Po lekturze „Podwójnego portretu” nikt nie powinien mieć wątpliwości, co do kreacji aktora. Bo choć Tomasz Beksiński był piekielnie uzdolnionym chłopakiem, z wieloma interesującymi, intrygującymi pomysłami, był wypełniony muzyką i filmami po sam brzeg swojej duszy, to miał również drugą twarz: rozpieszczonego jedynaka, nie potrafiącego żyć samodzielnie, nie potrafiącego ułożyć sobie życia, zafiksowanego na sobie i na własnych zainteresowaniach. Jedni go kochali jak przyjaciela, inni traktowali jak dziwaka. Nie był łatwą postacią, co nie oznacza, że nie dało się go lubić. Jak w filmie, tak i książce, poznając go, obdarzamy sympatią, bo jest człowiekiem z krwi i kości. Jednocześnie go nie lubimy, bo widzimy, jak psychicznie znęca się nad rodzicami, trzyma ich w wiecznej niepewności… Bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy po raz kolejny spróbuje popełnić samobójstwo.

Rzetelna biografia

Książka uzupełnia to, czego nie zdążył opowiedzieć film. Dokładniej poznajemy dzieciństwo Tomasza i ten sposób choć odrobinę rozumiemy jego dalsze zachowanie, już jako dorosłego człowieka. Dokładniej poznajemy samego Zdzisława-malarza, dla którego w filmie nie pozostało już tak dużo miejsca. Poznajemy przyjaciół obojga, ich relacje, sukcesy, jak i porażki. Pewne sceny w filmie ledwie nakreślone, tu nabierają wyrazistości. Jednocześnie nie odbierałabym tego jako wadę filmu – tam wyodrębniono inne aspekty życia rodziny Beksińskich, skupiając się bardziej na uniwersalności opowiadanej historii. „Podwójny portret” to z kolei rzetelna biografia czy jak mówi sama Grzebałkowska obszerny reportaż. Jednak za tą rzetelnością kryje się pasjonująca, wciągająca opowieść, która pochłania czytelnika całkowicie. Zarówno tego, co o Beksińskich wiedział niewiele, jak i tego zafascynowanego twórczością jednego z nich. Podążamy więc po kolei, po osi czasu, od narodzin do śmierci, zarówno Zdzisława jak i Tomka. Jednocześnie pani Magdalena zgrabnie skupia się na wybranych zagadnieniach z życia, w razie potrzeby czytelnie żonglując datami.

Dla mnie była to fantastyczna podróż, w której uczestniczyłam z wielką przyjemnością. Wiele rzeczy stało się dla mnie jaśniejszych, czytelniejszych, a sami Beksińscy przestali być tylko zdolnymi dziwakami ogarniętymi jeszcze dziwniejszymi fobiami. Wszystko znalazło swoje uzasadnienie, choć oczywiście nigdy nie zrozumiemy ich w pełni…

Gorąco polecam. Zarówno tym, co Beksińskiego nie znają, jak i kochają. A także tym, co oglądali tylko film.

[mc4wp_form id="3412"]
Beksińscy. Portret podwójny

Tytuł: Beksińscy. Portret podwójny

Data premiery: 2016
Ocena: 9 /10
Wpis powstał w ramach tematu: Beksińskitemat-beksinski