Spotlight, recenzja. Hołd dla dziennikarstwa śledczego

 Kwiecień 3, 2016

Od 2002 roku w Polsce zmieniło się wszystko. Świat ruszył do przodu, redakcje zwalniają ludzi, a samo dziennikarstwo (w Polsce) przeżywa kryzys, próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jednak jeszcze wtedy, Polska dopiero stała przed prawdziwym skokiem technologicznym. (Pamiętacie rozliczanie za każdą minutę, pakiety obejmujące korzystanie z Internetu tylko przez godzinę dziennie, a gdy tylko została ona przekroczona, wysokość rachunku diametralnie rosła? Choć wtedy miałam zaledwie 13 lat, to wspominając to, czuję się jak dinozaur).

Jednak w Stanach Zjednoczonych Internet nie był w powijakach, a nawet zaczynał odbierać czytelników drukowanym czasopismom. Tradycyjne redakcje musiały znaleźć swój sposób na przetrwanie w nowych czasach. W The Boston Globe także zachodziły zmiany, a człowiekiem, który miał otworzyć nowy rozdział w gazecie był Marty Baron (Liev Schreiber). To właśnie od niego wychodzi propozycja tematu dla uznanego i prestiżowego wydziału śledczego Spotlight, w skład którego wchodzi czterech dziennikarzy: Mike, Robby, Sacha i Matt.


2

Tematu, który nie spodoba się osobom trzymającym władzę. Baron, wyznania mojżeszowego, przybyły z Miaimi, nie waha się, by bliżej przyjrzeć się sprawie zamiatanej od dawna pod dywan. Dziennikarze Spotlight mają zbadać sprawę księdza pedofila, który został właśnie oskarżony o seksualne przestępstwo. W katolickim Bostonie, takie sprawy szybko umierały, schowane gdzieś głęboko w teczkach. Choć pozornie sprawa wydaje się bardzo śliska i niebezpieczna, nie tylko dla gazety, ale i samych dziennikarzy, dość szybko okazuje się, że jest to jeden z najważniejszych tematów podjętych przez komórkę bostońskiej gazety.

Takie historie pisze tylko życie

Film „Spotlight” to historia oparta na faktach. Dziennikarze bostońskiego dziennika za cykl reportaży na ten temat otrzymali najważniejszą nagrodę w swojej branży: Nagrodę Pulitzera. Sprawą zajęto się już w 2001 roku, jednak mozolne śledztwo, a przede wszystkim próba odszukania szerszego kontekstu, który sięgałby wyższych szczebli władzy kościelnej, sprawiła, że pierwszy reportaż ukazał się dopiero w po Nowym Roku, w 2002 roku.

Po rewelacjach polskiego Faktu i innych brukowców, można przypuszczać, że dziennikarstwo żeruje jedynie na tanich sensacjach, a szukanie jakichkolwiek afer sprowadza się do nabijania liczby sprzedanych egzemplarzy. Na całe szczęście, oglądając film, na nowo można uwierzyć w prawdziwe powołanie ludzi wykonujących zawód dziennikarza. Bo jak kilkukrotnie wspomina redaktor naczelny Baron czy sam Robby, z publikacją sprawy nie należy się spieszyć, dopóki nie zostanie rzetelnie zbadana. Bo przecież nie chodzi tylko o pokazanie światu prawdy, która zostanie szybko zapomniana, ale także dokonania realnych czy nawet rewolucyjnych zmian, uwalniających ofiary od swych dręczycieli. Jak jest to trudne i jak ciężko odstawić na bok się emocje towarzyszące całej sprawie, widać po reakcji jednego z dziennikarzy, chcącego wcześniejszej publikacji zebranych materiałów.

Wiemy jednak, że przedstawione w filmie wydarzenia miały miejsce w 2001/2002 roku. Czy teraz możliwe jest jeszcze uprawianie prawdziwego dziennikarstwa śledczego, nie sprowadzającego się do krzykliwych nagłówków?

Z pewnością w Polsce jest to trudna sztuka. I tu nawet nie chodzi o złą wolę redakcji czy kiepski warsztat. Wystarczy przypomnieć sobie aferę podsłuchową z 2014 roku. Bardzo szybko została zamieciona pod dywan, choć z rządu musieli zostać usunięci zamieszani w nią ministrowie (czy jednak afera rzeczywiście miała tak dramatyczny wydźwięk?). Eksperci biją na alarm, gdyż państwo, ale nie tylko, bez kontroli mediów, może zacząć działać bezprawnie i na niekorzyść obywatela.

Wróćmy jednak do filmu. I samego scenariusza, opartego przecież na autentycznych wydarzeniach. Po raz kolejny potwierdza się stara prawda, że najlepsze scenariusze pisze życie. Choć ja bym dodała, że takie historie bardzo łatwo zepsuć filmową narracją. Szczególnie przy tak drażliwym temacie. W temacie, którym zamieszany jest i kościół, i bezbronne dzieci. Tom McCarthy, który jest zarówno reżyserem jak i scenarzystą filmu dokonał rzeczy, która coraz częściej nie wychodzi we współczesnym kinie. Znalazł złoty środek, dzięki czemu „Spotlight” to wyważony i pozornie spokojny obraz. Nie popadający w patos ani zbędny dramatyzm. Nie głoszący banałów, o które łatwo przy tak nośnym, ale i niebezpiecznym temacie. Powiedziałabym, że wbrew pozorom, w filmie nie ma agresywnego, oskarżycielskiego głosu, który zagłuszyłby całą historię.

Bo właśnie tym jest „Spotlight”. Prawdziwą historią, która broni się w każdym ujęciu i każdym słowie. Tom McCarthy stworzył dramat, który prawdziwie angażuje widza, a jednocześnie nie wywołuje skrajnych emocji. Tak, sprawa księży-pedofili jest niezwykle bulwersująca i łatwo wywołać burzę. Ale jeszcze trudniej zrobić to tak, że widz wychodzi pełen przemyśleń, a jednocześnie nie ma ochoty wykrzyczeć całemu światu, jaki on jest niesprawiedliwy. Dlatego też Oskar za scenariusz jest w pełni zasłużony. Rzadko zdarza się film, który poprowadziłby historię w sposób tak delikatny, a jednocześnie tak mocny.

Dziennikarstwo od kuchni

„Spotlight” to nie tylko okazja do poznania mrożącej krew w żyłach historii (bo czym innym może być pedofilia i na dodatek pojawiająca się wśród księży, naszych pasterzy, do których mamy zaufanie), ale także przyjrzenia się pracy dziennikarzy śledczych. Oczywiście, w wielkim skrócie i w wybranych, nieco bardziej dramatycznych momentach. A jednak widzimy ich trud, mozolne analizowanie dokumentów i mur, na który się napotykają. I który trzeba w jakiś sposób pokonać. Nie jest łatwo, gdyż do współpracy trzeba przekonać i prawników, i ofiary. A zarówno jedna jak i druga grupa ma opory, by rozmawiać z dziennikarzami. Żadna z nich nie chce sobie zaszkodzić, i tak w trudnym dla nich momencie. Dlatego też sam film nie jest kinem akcji, który swym tempem przykuwa do fotela. Jak się okazuje, przy mądrym scenariuszu, tanie chwyty nie są zupełnie potrzebne, pozwalając widzowi delektować się oglądanym właśnie obrazem. Nie ma więc akcji, nie ma też łez, które jak najbardziej mogłyby się pojawić. Są za to emocje rozsadzające nas od środka.

Jak wygląda więc praca dziennikarza? Analiza dokumentów, starych artykułów, które ukazały się w gazecie, starych roczników, stron internetowych, docieranie do osób związanych z całą sprawą. A przede wszystkim dochodzenie po nitce do kłębka. Wynajdywanie powiązań, tam gdzie na pierwszy rzut oka ich nie ma.

W ten sposób zespół Spotlight nie tylko odkrywa kolejnych księży zamieszanych w pedofilię, ale także dociera na sam szczyt. Prawda okazuje się bardzo bolesna i ostatecznie wywołuje lawinę zdarzeń wychodzących daleko poza Boston. I choć to wystarczająca ilość materiału na dobrą historię, film odsłania także „złą” stronę społeczeństwa, które ukrywa swe poczynania. Odsłania hipokryzję, której nie chcemy na co dzień dostrzegać. Ukazuje mechanizmy, które stosują osoby mające władzę i pieniądze. Wszystko to tworzy mieszankę wybuchową, która uaktywnia się ze zdwojoną siłą po seansie.

Aktorska chemia

Historia pokazana na ekranie nie obroniłaby się w taki sposób, gdyby nie aktorzy, którzy stworzyli piękny spektakl. Bardzo oszczędny, a jednak wymowny. Miło zobaczyć Rachel McAdams w innej roli niż zakochanej w komedii romantycznej. Może jej gra nie była tak błyskotliwa, ale z pewnością dobrze odrobiła pracę domową. Dzięki temu, że żaden z czwórki dziennikarzy nie wysunął się na prowadzenie, aktorzy stworzyli zgraną paczkę pracowników. Pomiędzy aktorami czuć chemię i pasję. Zarówno Mark Ruffalo jak Michael Keaton wyśmienicie stworzyli swoje postacie. Nieco poszkodowany wydaje się być Brian d’Arcy James, który był ostatnim członkiem zespołu. Na ekranie pojawia się rzadko, choć to on odkrywa w piwnicy dość istotny element całej układanki – prawdziwą kopalnię wiedzy, która rusza całe śledztwo do przodu. Jednocześnie zarysowane i zagrane w filmie postacie nie przyćmiewają prawdziwego bohatera – prowadzonego śledztwa.

„Spotlight” to film, który trzeba obejrzeć. Pozwala odetchnąć od kina akcji, fantasy, gdzie dużą rolę odgrywają zdjęcia czy efekty specjalne. Tu rządzi słowo. Dosłownie i w przenośni. Film pokazuje nie tylko moc, jaką może mieć rzetelny reportaż napisany po drobiazgowym śledztwie, ale także moc dialogów, które na ekranie aż iskrzą. I jeśli boicie się kolejnego filmu o złych księżach i niedobrym kościele katolickim, to i tak obejrzyjcie „Spotlight”. Bo tym razem nie chodzi o samą religię, a o zjawiska, która mają miejsce. I które mogłyby pojawić się w różnych miejscach, w różnych społecznościach, w różnych kulturach.

Tytuł: Spotlight
Rok: 2015
Gatunek: dramat

 

 

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter




  • Alicya Oss

    Nie potrafię się zmusić do obejrzenia tego filmu. Noszę w sobie już tak wiele złych emocji (ukierunkowanych w stronę księży), że obawiam się wybuchu. Wiem, że nie należy generalizować, ale coraz trudniej zapanować mi nad niechęcią….Obawiam się, że oglądając skupię się tylko na tym, a tak jak opisałaś jest tam też kawał solidnego dziennikarstwa i inne warte uwagi aspekty.

    • http://okonakulture.pl/ Paulina M.

      Ja też się wzdrygałam przed obejrzeniem filmu, własnie ze względu na poruszaną tematykę. Na całe szczęście, choć sprawa bulwersuje, to jednocześnie widz nie wychodzi aż tak naładowany negatywnymi emocjami, jak to czasem bywa z zetknięciu się z takim okrucieństwem. I jest to duży plus tego filmu. Ale może być tak, jak piszesz – dlatego też, jeśli kiedykolwiek się przemożesz, to koniecznie obejrzyj 🙂