carska roszada

Zupa śmieciówka, czyli „Carska roszada” Melchiora Medarda

 Kwiecień 9, 2014

carska roszada

„Opowieść prawie sensacyjna, momentami romansowa, częściej zagadkowa, niekiedy erotyczna” – widniejące na okładce słowa witają nas i próbują sugerować, że czeka nas niezwykle barwna, różnorodna gatunkowo powieść. Do tego opis na okładce – XIX wieczna Warszawa, śledztwa, morderstwa kobiet. Wszystko wydaje się brzmieć intrygująco, a i czytelnik oczekuje porywającej historii, która będzie trzymać go do końca w napięciu. Jednak wraz z przewróceniem ostatniej strony, po zapoznaniu się z aneksem i wzięciu oddechu, zaczęłam odnosić wrażenie, że przytoczone hasło było tylko asekuracją ze strony wydawnictwa. Bo w ostatecznym rozrachunku, ni to kryminał, ni sensacja, ni romans, a tym bardziej literatura erotyczna. Czym w takim razie jest „Carska Roszada”, która wyszła spod pióra Melchiora Medarda?


4

Przyznam się szczerze, że nie wiem. Samo umiejscowienie akcji daje duże pole do popisu. Udowodnił to między duet pisarzy swoją książką „Pan Whicher w Warszawie”, która okazała się świetną lekturą, trzymającą w napięciu do samego końca, wykorzystująca arsenał i tło historyczne, jakie daje miniona epoka. „Carska Roszada” poległa. Niemal na każdym froncie, dając czytelnikowi mało wciągającą historię. Zacznijmy jednak od początku, który nie odbiega zbytnio od przyjętych reguł gatunkowych kryminału.

Mamy morderstwo. Jednego ze śledczych, Pana Wotcowa, który miał przywitać na dworcu radcę kolegialnego (urzędnika 6 stopnia) Estara Pawłowicza Van Houtena. Ich spotkanie nie trwa długo, gdyż Wotcow zostaje zastrzelony na oczach pałętających się po dworcu pasażerów. Jednak wyjaśnienie owego zabójstwa (policjanta!) zostaje przesunięte na dalszą część książki, gdyż priorytetem okazuje się schwytanie mordercy pozbawiającego życia kobiet w dość brutalny sposób. Van Houten od razu zabiera się do pracy, choć w międzyczasie odwiedza go mnóstwo osób, urzędników i policjantów, którzy mają pomóc schwytać nieuchwytnego zabójcę.

Jak widać nie jest źle. Powiedziałabym wręcz, że fabuła brzmi ciekawie, tym bardziej, że wątek seryjnego mordercy w luźny sposób nawiązuje do rzeczywistej postaci – Kuby Rozpruwacza. Zresztą autor opisuje jego sylwetkę, listę podejrzanych osób oraz jego ofiar w dołączonym do książki aneksie. I choć Medard nie przedstawia żadnych nowych faktów, zgrabnie wykorzystuje te powszechnie znane. Jak choćby sposób dokonywania morderstw (poderżnięcie gardła oraz wyciągnięcie na zewnątrz wnętrzności np. nerek, jajników czy odcięcie ucha) czy profil samych ofiar (kobiety z niższych warstw społecznych). Jednak… No właśnie. W żadnym momencie nie czuje się nadchodzącego niebezpieczeństwa. Nie czuje się na szyi oddechu mordercy, który może czaić się za każdym zakrętem, zakamarkiem czy podwórzu kamienicy i po raz kolejny dopaść nową ofiarę.

Prawie sensacja

Tu wydawca był najbliżej. Gdzieś w połowie książki pojawiają się pościgi i strzelaniny. A wszystko podane w klimatach odpowiadającym epoce. Zamiast więc sportowych, supernowoczesnych aut, mamy dorożki i… welocypedy, którymi z umiłowaniem jeździ nasz główny bohater, radca kolegialny. Pojawiają się gonitwy pomiędzy uliczkami Warszawy i krętymi dróżkami powstałymi pomiędzy kamienicami. Padają strzały, trupy i czasem czytelnikowi podnosi się adrenalina. Jednak jak na książkę sensacyjną jest zbyt mało emocji, a i mózg nie może się wyłączyć nawet na chwilę, by poddać się wartkiej akcji, gdyż cały czas przeładowany natłokiem postaci, może sam za nimi nie nadążać.

Sam wstęp, obsada jak i zawiązanie akcji, sugeruje bardziej kryminał niż sensację. Ale i tu autor poradził sobie kiepsko. Ani przez chwilę nie czułam dreszczu emocji podczas prowadzonego śledztwa. Nie czekamy na kolejne ofiary, gdyż te były przedstawione na samym początku historii. Brakuje również twistów, zmian akcji czy czegokolwiek, co wprowadziłoby do książki więcej dynamiki. A tak, sam czytelnik dostaje niezbyt wiele śladów, a nawet jeśli takowe się pojawiają, to nie musi czekać do końca powieści, by poznać zbrodniarza. Więc choć historia świetnie nadaje się do stworzenia rasowego kryminału, nawet jeśli pobudki samych podejrzanych sprowadzałyby się do motywów politycznych czy nieujarzmionych żądz (czy tak faktycznie jest – nie zdradzę), to i tak w połowie książki napięcie siada, pozostawiając pozostałą część na wyjaśnienia przeciągnięte do granic możliwości.

Momentami romansowa

Aby podnieść sprzedaż książki, warto również wprowadzić element romansu do powieści. W sumie to nic złego, jeśli ma to jakikolwiek sens i wpływ na fabułę bądź postępowanie głównych bohaterów. Jeśli jednak kobieta, panna Zofia Maciejewska, zostaje wprowadzona jedynie po to, by romans pomiędzy nią a van Houtenem, został w ogóle zawiązany i pojawia się raptem w kilku miejscach, romans traci sens. Po oczach wręcz bije sztuczność tego wątku i wręcz nie pasuje on do całości. Zresztą jak jeszcze jeden, ale o tym za chwilę. Jeśli bawimy się w romans, to niech on wzbudza emocje, niech pomiędzy bohaterami pojawi się chemia. W „Carskiej Roszadzie” wyglądało to mniej więcej tak, jak we wszelkich tanich filmowych produkcjach, gdzie dialogi są sztuczne, a do tego aktorzy są źle dobrani, co nie tylko irytuje, ale również nie pozwala dostrzec tej słynnej chemii pomiędzy bohaterami.

Częściej zagadkowa

Owszem, są tu zagadki. Nawet nie jedna. Bo w końcu po co zabito Wotcowa? Co miał wspólnego z brutalnymi morderstwami kobiet? Jak to możliwe, że w tym samym czasie przeprowadzono kilka niemal identycznych zabójstw? A może są to dwie, niepowiązane sprawy? I dlaczego ktoś chce uciszyć van Houtena? Zagadek pojawia się wiele, lecz żadna nie przykuwa uwagi na dłużej. Żadna nie pociągała mnie na tyle, bym z wypiekami na twarzy sama próbowała dojść do jej rozwiązania… Może i „Carska roszada” jest zagadkowa, ale brakuje jej ikry i sprawniejszego wykonania, które przykułoby uwagę czytelnika na dłużej i wciągnęła w mroczny świat XIX-wiecznej Warszawy.

Niekiedy erotyczna

I dochodzimy do największego błędu książki. A raczej wątku, który nie powinien się znaleźć w tak podanej formie. Wspomniana Zofia Maciejewska to nie grzeczna pensjonarka czekającego na wymarzonego księcia, u boku którego będzie mogła wieść spokojny żywot kury domowej. Domyślam się, że owa panna ma reprezentować rodzące się ruchy feministyczne – kobiety wyzwolone (także seksualnie) wykształcone, pragnące wyzwolić się spod władzy mężczyzn, dążące do samorealizacji i pragnące sukcesów zawodowych. I owa panna zgodnie z pewnymi stereotypami, wyzwolenie znajduje w seksie z innymi kobietami. Jeden fragment, kilkustronicowy, dość dokładnie opisuje jak przebiega stosunek pomiędzy paniami w jednym z hotelowych pokoi. Czy było to potrzebne? Zdecydowanie nie! Jest to jedynie prosta (i tania!) zagrywka, by podbić nieco punkty sprzedaży. Opis uniesień seksualnych, przy wręcz dość nieudolnym flircie Zofii i Estara Pawłowicza, zupełnie nie zgrywa się z całością. Pozostaje oderwany od rzeczywistości, nie ma wpływu na relacje bohaterów ani na rodzące się uczucie pomiędzy nimi. Wspomniany fragment wygląda wręcz jak wklejenie kawałka powieści erotycznej, w oderwaniu od toczącej się akcji i nie korespondujący z historią w żadnej sposób.

Chaos

Pomijając już jednak nieudane wątki i kiepskie połączenia gatunkowe, po oczach biją jeszcze dwie dość ważne kwestie wpływające negatywnie na komfort czytania. Pierwsza to niestety chaos, który powstał w wyniku próby urozmaicenia treści różnorodnymi formami. Pojawiają się więc: fragmenty pamiętników mordercy, wycinki z gazet, narracja z punktu widzenia Zofii Maciejewskiej czy retrospekcje. I oczywiście, teoretycznie są to ciekawe wtrącenia, ale w tym przypadku nie spełniają swojej roli. Co więcej wprowadzają chaos, wielokrotnie tworząc mętlik w głowie czytelnika i wybijając go z rytmu czytania. Nie wprowadzają żadnych potrzebnych elementów ani tym bardziej nie pozwalają na spojrzenie na historię z różnych punktów widzenia.

Druga kwestia to nadmiar bohaterów. Połowa z nich mogłaby się nie pojawiać: są, bo są, nic nie wnoszą ani nie uzupełniają treści. Stanowią natomiast zapełniacz, który nabija kolejne strony powieści. Powoduje to jednocześnie brak zakończenia kilku wątków, a tym samym niedokończenie samej historii.

Tło historyczne

Wydawałoby się, że skoro akcja została osadzona w XIX-wiecznej Warszawie, to chociaż tu pisarz mógłby spróbować zaciekawić czytelnika. Jednak, porównując „Carską roszadę” ze wspomnianym już innym kryminałem retro „Pan Whicher w Warszawie”, pierwsza nie dorównuje tej drugiej. W żaden sposób nie dało się odczuć ani nastroju panujących w czasie zaboru, relacji pomiędzy dwoma narodami czy wreszcie nie poczuło się codziennego życia bohaterów, które pozwoliłoby wgryźć się w epokę. Na uwagę zasługują jedynie dość dokładne opisy garderoby zarówno Panów, jak i Pań, a także topologii miasta. Ale nic ponadto czytelnik nie otrzymuje. Sytuacji nie ratują nawet dobrze zarysowane postaci jak Estar Pawłowicz van Houten czy pan prokurator.

Czy mogę polecić książkę? Nie, zdecydowanie nie, choć wiem, że wiele osób zachwyciło się powieścią. Ja jednak uważam, że daleko jej do ideału czy nawet przeciętnego, ale dobrze skrojonego kryminału czy powieści sensacyjnej. Taki miszmasz jest ryzykowny. Historia, kryminał, sensacja, erotyzm i romans. Wielu autorów próbuje swych sił tworząc hybrydy – przy czym wielu z nich polega. Bo łączenie gatunków nie jest sprawą prostą, wymaga dużej dyscypliny, ale i logicznego myślenia, ułożenia i przede wszystkim przemyślenia każdego wątku. Taka powieść ma nie być zupą „śmieciówką”, a wykwintnym daniem, gdzie każdy składnik znalazł się na talerzu z jakiegoś powodu i tworzy z pozostałymi spójną kompozycję.

Tytuł: Carska roszada
Autor: Melchior Medard
Wydawnictwo: Instytut wydawniczy Erica
Liczba stron: 368

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję portalowi sztukater.pl

Podobał ci się artykuł?

Chcesz być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, recenzjami i innymi wpisami?

Zapisz się na newsletter




  • http://ugoldenbrown.wordpress.com goldenbrown

    Dzięki:) Nie kupię tej ksiązki, bo wg mnie nie nadaje się nawet do pociągu. Szkoda energii;)

    • palanee

      Zdecydowanie nie warto, choć niektórym książka się podobała…

  • klops

    „Umysł ścisły szukający wrażeń kulturalnych. Czyta, ogląda, odwiedza wystawy.” hmmm, czy to nie wskazywany „miszmasz”? Intrygujący, budujący prawdziwe napięcie i wyrafinowanie sensacyjny.. aż przyciąga oko Czytelnika…

    • http://okonakulture.pl/ Paulina M.

      Czasem i miszmasz – czy wspomniana zupa śmieciówka – jest potrzebna. Co kto lubi. To odnośnie książki. Natomiast nie mieszałabym opisu osoby z opinią o książce.